„Kontrabasista”

TEATR POLONIA, 15.10.2018 r.
Występuje/ą:
Jerzy Stuhr
i…
KONTRABAS 🙂

Ten Spektakl zasługuje z mojej strony na SPECJALNE TRAKTOWANIE. I oto jest, nadszedł właśnie teraz Odpowiedni Impuls.
A opowiedzieć chcę o Monodramie p. Jerzego Stuhra, który powstał na podstawie tekstu Autorstwa Patrick’a Süskind’a (tak, to Ten Pan od „Pachnidła”, z pewnością są osoby które kojarzyć będą albo Książkę, albo Film, a może nawet i jedno, i drugie). 
Zasadzałam się na ten Spektakl już od dobrych kilku lat, bo wiedziałam, że piekielnie ciężko się na niego dostać, a ja do prawie połowy ubiegłego roku nie miałam pojęcia o tym, że dwie warszawskie Sceny, tj. TEATR POLONIA i OCH-TEATR oferują Osobom z Niepełnosprawnościami wstęp do siebie w ramach DARMOWEGO ZAPROSZENIA. Jeśli tylko, w moim przypadku, będzie wolne jedno z dwóch (są po dwa na każdy Teatr) miejsc przeznaczonych dla Osób poruszających się na wózkach, które nie przesiadają się na teatralny fotel, wówczas 
wystarczy dokonać odpowiedniej rezerwacji i nie pozostaje nic innego, jak Zmierzać do Teatru i Delektować Się, Sycić, Napawać… 
Regularne bilety na „Kontrabasistę” zazwyczaj „schodzą na pniu”, a w dodatku Sztuka grana jest bardzo rzadko. Jak mniemam, choć mogę się mylić, Częstotliwość jej pojawiania się na Deskach może być taka a nie inna dlatego, że nie ulega wątpliwości, iż jest to i Historia, i Forma Teatralna wyczerpująca tyleż fizycznie, co i psychicznie dla Jednego Aktora, który przebywa na scenie przez 100 minut bez przerwy (!) i musi od pierwszej do ostatniej zagranej przez siebie sekundy BYĆ tam tak, by w całości przykuć wyłącznie Sobą uwagę widza i ani na moment nie pozwolić, aby cokolwiek tą koncentrację publiczności rozproszyło. A wiadomo, że choć p. Jerzy Stuhr dzielnie doszedł do siebie po ciężkiej chorobie, to jednak należy się liczyć z tym, że jej widmo za plecami już zawsze mieć będzie…
Cóż, mój Teatralny Guru podczas „Kontrabasisty” MISTRZOWSKO Dzierży w swoich Aktorskich dłoniach Lejce Napięcia i DOKŁADNIE WIE, w którym momencie je rozluźniać, a w których mocniej trzymać w ryzach. Perfekcyjny jest każdy jego Gest, Ruch i każde wypowiedziane Słowo, jest w tym (choć nie tylko) Monodramie po prostu Panem Sceny i Władcą Umysłów Publiczności. Zaś Atmosfera stworzona przez niego w „Kontrabasiście” jest tak Ulotna i Krucha, jak motyle skrzydła, że AŻ STRACH głębiej oddychać, by tego Nastroju nie Zniweczyć. 
Wychodzi oto na Scenę, zaaranżowaną na salon tkwiący w półmroku, Starszy i Osamotniony Mężczyzna, i po prostu zaczyna snuć swoją opowieść – zupełnie tak, jakby p. Jerzy Stuhr mówił o czymś, co wydarzyło się naprawdę. „Kontrabasista” Zagrany jest tak Naturalnie, Ludzko, Subtelnie i Przejmująco, że ma się wrażenie siedząc na Widowni, jakby wchodziło się z buciorami w Cudze Życie. 
Jedynym towarzyszem Codzienności bohatera Sztuki pozostał stojący w rogu salonu kontrabas, o którym mówi on, że wygląda tam „jak stara, gruba baba”. Opowiadając o tym instrumencie, mężczyzna zdaje się go personifikować, mówi m.in. o tym, że poniekąd się go wstydzi, bo czuje się przez niego podglądany (z tego też powodu tłumaczy się sam przed sobą, dlaczego od lat nie ugościł na dłużej pod swoim dachem żadnej kobiety). 
I tylko pozornie chełpi się on swoją Wiedzą o muzyce klasycznej i Przemyśleniami na temat jej Istoty, bo tak naprawdę te Opowieści o Pasji do Muzyki są tylko Pretekstem, by dobrnąć słowo po słowie do tego, co MA SIĘ WYDARZYĆ w drugiej części Spektaklu. 
Nie od razu bowiem coś w nim pęka, bo początkowo Bohater usilnie robi wszystko, by przekonać Słuchaczy (i w dużej mierze samego siebie także), że kontrabas to Wódz Orkiestry, bez którego ona nie istnieje, gdyż gdyby nie kontrabas, żaden dźwięk nie wybrzmiałby do końca tak, jak powinien, że kontrabas to ten instrument, który utworom nadaje Naczelny Charakter. Mężczyzna desperacko wręcz chce, abyśmy razem z nim uwierzyli w tą Grę Pozorów, odgrywa przed publicznością Dumę z tego, że jest kontrabasistą, z którym inni muzycy w orkiestrze muszą się liczyć. A w istocie ta jego Determinacja do wciskania innym i sobie tej wystudiowanej bajeczki będzie jedynie formą przykrywki dla prawdziwych jego przemyśleń i odczuć, które jak grom z jasnego nieba spadną na publiczność w drugiej części spektaklu. 
To, co opowiada na samym początku jest jak lawirowanie po omacku po polu minowym, a Bohater dokładnie wie, że nieuchronnie zbliża się Moment, w którym postawi ten Ostateczny Krok, a wtedy już nie będzie ucieczki przed rozliczeniem się Muzyka z Przekonaniem o tym, jak dalece Zmarnotrawił swoje Życie. Roztrzaska się wtedy w drobny mak wcześniej uwita historia, a mężczyzna w końcu przyzna, jak szczerze tego kontrabasu nienawidzi. 
Wyzna też, że zawsze podziwiał swoich Rodziców – również Muzyków, którzy jednak go nie zauważali, przez których czuł się niedoceniony, więc… zamiast wybrać instrument w jego pojęciu szlachetny, dla orkiestry istotny, to właśnie z przekory i na złość swoim rodzicom zdecydował się na kontrabas, czego gorzko po latach żałuje. Mężczyzna nie potrafi pogodzić się z prywatną samotnością, ale też z zawodową przegraną, którą poniekąd sam sobie zgotował. W istocie bowiem uważa kontrabas za mało orkiestrze potrzebny (nazwijmy to, grający weń „ostatnie skrzypce”), ponadto toporny i nieporęczny. A Stan Ducha, w jakim tkwi od dawna, określa słowem, które do dziś pulsuje mi w głowie… KLAUSTROFONIA, która w mojej interpretacji oznacza uwięzienie w dźwiękach, duszenie się dźwiękami instrumentu, który jest dla niego jedynym, znienawidzonym Towarzyszem Życia. 
Na stronie Teatru Polonia, w zakładce Spektaklu można przeczytać taką oto wypowiedź samego Mistrza, na temat wyreżyserowanej i zagranej przez niego Sztuki: „(…) opowiadam o miłości do instrumentu, który zniszczył me życie — od palców, zrogowaciałych od ściskania strun, po serce złamane przez sopranistkę Sarę, którą kocham i nigdy nie osiągnę, bo ona tam, na wielkiej scenie w blasku świateł, a ja tu, w orkiestronie…”. 
„Kontrabasista” rozłożył mnie na łopatki. Pan Jerzy Stuhr już dawno nie musi mi udowadniać, dlaczego z całych sił kocha go moje artystyczne serce, lecz tylko tą Rolą ową Miłość umacnia. I ujmuje skromnością, gdy po Mentalnym Opuszczeniu Roli, w której na scenie był Wielkim Artystą, wychodzi nań z powrotem, już do braw, jako Jerzy Stuhr, który momentalnie staje się starszym, speszonym wręcz owacjami człowiekiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s