„Zimna wojna”

 Kino Muranów, październik 2018 r. 
W rolach głównych:
Joanna Kulig (jako Zula Lichoń)
Tomasz Kot (jako Wiktor Warski)
Borys Szyc (jako Lech Kaczmarek)
Agata Kulesza (jako Irena Bielecka)

Kiedy jesienią ubiegłego roku wybrałam się na ten film i później pisałam jego recenzję, którą dziś tutaj zamieszczam, to miałam dość głębokie przekonanie niebezpiecznie graniczące z pewnością, że może to być jedna z krótszych recenzji spośród tych, jakie w tamtym czasie zaczęłam pisać. 
Powód? Nie ma dla mnie bowiem bardziej parszywej emocji towarzyszącej mi jako widzowi po obejrzeniu spektaklu, filmu, po udziale w koncercie, niż OBOJĘTNOŚĆ. A to czuję właśnie wtedy, rzecz ujmując najogólniej, po powrocie z kina, do którego wybrałam się w końcu (?) na okrzykniętą dziełem wielkim „Zimną wojnę”. Cóż, sztuka jest taką dziedziną, która rządzi się prawem subiektywnej oceny publiczności, więc uważam, że każdy powinien opinię wyrobić sobie sam, nie przywiązując nazbyt szczególnej (w żadną ze stron) wagi do zdania innych osób. 
Bardzo długo krążyłam więc wokół tego filmu, zachowując chłodny dystans. Nie pałam artystyczną sympatią do dwóch grających w tymże panów – Tomasza Kota (w „Bogach”, w przeciwieństwie do zdania wielu osób, które znam, również mnie nie porwał) i Borysa Szyca (który nie porwał mnie W ŻADNEJ ze swoich ról). Słyszałam jednak, mimo wszystko, tak wiele – z różnych stron, dobrych słów na temat tej produkcji, że stwierdziłam z WRODZONEJ PRZEKORY, iż właśnie sama muszę spróbować, bo nie lubię, mimo wszystko, szufladkować Artystów (choć w wykonaniu wyżej wymienionych doświadczyłam już niejednej roli, w której, very sorry, ale dziękuję za nich bardzo, przeżyję bez oglądania ich i słuchania ). 
Koniec końców, „na spontanie”, kupiłam bilet na „Zimną wojnę” przez Internet i siup! – wylądowałam w kinie i… po 90 minutach z niego wyszłam z poczuciem, że właściwie… nie wydarzyło się dla mnie nic szczególnego, mówiąc zupełnie szczerze. Owszem, klimat kameralnego, czarno – białego obrazu był dość urokliwy w swojej formie. Tomasz Kot – pozostał dla mnie Aktorem jednej miny i jednostajnego tembru głosu, niestety. 
Z drugiej strony, Joanna Kulig – przez cały czas trwania filmu grała na takim… podskórnym, rozedrganym „nerwie emocjonalnym”, totalnie wślizgnęła się w postać. 
Borys Szyc – po raz pierwszy muszę przyznać, że przykuł moją uwagę jako śliski typ, towarzysz, partyjniak. Pasował do niego ten bohater jak druga skóra niemalże. PIERWSZA jego rola, którą uważam za doskonale zagraną (co nie znaczy, nie przesadzajmy, że nagle zaczęłam go uwielbiać). 
Samo zakończenie filmu – diabelnie mocne. 
A mimo to… „Zimna wojna” w wózek mnie nie wbiła, ziemia mi się pod kołami nie zatrzęsła. Tak, sztuka – we wszelkich jej formach, podlega ZDECYDOWANIE SUBIEKTYWNEJ ocenie odbiorcy. Tak to właśnie jest – przekonać się trzeba samemu, zwłaszcza, gdy jakieś wydarzenie kulturalne jest mocno rozdmuchane i okrzyknięte dziełem wielkim.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s