„Rocketman”

„Rocketman”, Kino Atlantic w Warszawie, 27 czerwca 2019 r. 
W Roli Głównej: 
Taron Egerton (jako Dorosły Reginald Kenneth Dwight/Elton Hercules John)

Nie wyobrażam sobie pisania moim tekstów pod Wewnętrzną Presją. I dlatego dziś, choć mam rozpoczętych i czekających na ostateczną edycję oraz publikację pięć innych tekstów, chciałabym swoją uwagę (i Waszą, choć odrobinę, mam nadzieję, taką cichuteńką…) skierować ku Filmowi, po którym w ubiegłym tygodniu wyszłam z Kina KOMPLETNIE SPŁAKANA. 
Jest to już druga w tym roku, Fabularyzowana Opowieść o Historii Życia i Kariery Muzycznej (w jakim zakresie okrojonych, przeformułowanych i podkoloryzowanych, to już w pełni wiedzą wyłącznie ich Twórcy) dla mnie Wielkich Artystów, w których przypadku wpływ wychowania na dalsze życie, a co za tym idzie m.in. na postrzeganie samego siebie i w dorosłym życiu, na podejmowanie samodzielnych (bądź nie) decyzji i na budowanie relacji z innymi ludźmi – był niemalże tak bliźniaczy, że mi to wzbiera ciarkami na plecach. 
Pisać chcę tu dziś o jednym z Dwóch Mężczyzn, którzy zostali przedstawieni w Filmach „Bohemian Rhapsody” i „Rocketman”. Pierwszy opowiada o twórczości Zespołu Queen i Freddie’go Mercury’ego (urodzonego jako Farrokh Bulsara), która została gwałtownie przerwana przez śmierć Wokalisty, a druga zaś to…
…no właśnie. Zająć bym się dziś chciała tą drugą Opowieścią, o Artyście wciąż żyjącym, który w ostatnich latach powziął decyzję, by zwolnić nieco z własną Karierą i świadomie skupić się bardziej na Życiu Rodzinnym, jakie wiedzie wraz z Mężem (z którym de facto dzieli je od ’93, a Formalny Status ich Związku ewoluował w miarę, jak w UK wprowadzano kolejne szczeble prawnej legalizacji Relacji Par Jednopłciowych: od „civil partnership”, czyli „cywilnego związku partnerskiego”, po „‚marriage”, czyli najzwyklejsze w świecie MAŁŻEŃSTWO) i Dwójką ich kilkuletnich Synów. Tak, mam tu na myśli oczywiście, jak w nagłówku, Elton’a Hercules’a John’a – urodzonego jako Reginald Kenneth Dwight). 
NIE ŚMIEM jednak, NIE ODWAŻYŁABYM SIĘ, Porównywać tych dwóch Filmów jako Produkcji pod względem, nazwijmy to „techniczno – wizerunkowym” i zawartego weń Ładunku Emocjonalnego. Są to bowiem Dwa Zupełnie Inne, zbudowane na Odmiennych Nastrojach i czym innym nacechowane Ruchome Obrazy. Oba jednak Traktują o jakże Barwnych, wymykających się „ramom normalności” i „społecznym standardom” (tak, piszę to z ironią!) Nieheteronormatywnych Mężczyznach – Artystach, Twórcach, Muzykach, Wokalistach, Wizjonerach, których nie tylko pewne Cechy Zachowań i Charakteru, ale i Życiorysy mają tak silne Punkty Styczne, że aż się jeży włos na głowie.
Film „Rocketman” zrobiony jest z Rozmachem, zastosowano weń także pewną dozę Magiczności i Niedosłowności, które zapewne miały stanowić o jego dodatkowej Atrakcyjności. Czy się to udało?
Każdy odbierze to inaczej, ja mogę mówić wyłącznie w imieniu własnych wrażeń i tak: podoba mi się Rytm Realizmu, przenikającego się z Nierzeczywistością, w jakim Płynie ta Opowieść. To fakt, Formuła ta Nie Grzeszy Skromnością – ależ czy musi?! Jest to to film Skrojony na dość Typowy, Ekranowy Musical, który jednak ma zachwycać nie tylko Feerią Kolorów, Przepychem i Tempem, ale również zachęca w wielu momentach do Zwolnienia i do Przekopania Się przez te warstwy Pozornego Błysku, i Dotarcia do Obnażonej do Żywego Zawartości tego „mieniącego się opakowania”. 
Jak na sprawnie zrealizowany Musical przystało, tak i tutaj mamy Dynamiczne Choreografie, które Podkręcają Klimat filmu oraz Wykonania Wokalne nie tylko Aktora grającego Główną Rolę, lecz również innych Osób w filmie mu Partnerujących. 
Te zaś Niedosłowne Sceny mają według mnie przede wszystkim przenieść widza do wewnętrznego świata Głównego Bohatera i faktycznie m.in. one wstrząsają, choć nie mogę powiedzieć, że wszystkie z nich wywierają na mnie identyczny Wpływ Emocjonalny. Najbardziej zaś Sugestywne spośród tychże są dla mnie Sceny, będące zapisem „odjechanych”, narkotyczno – alkoholowych wizji Głównego Bohatera, jego totalne odloty w Inny Wymiar Samo(nie)świadomości, które w jakimś momencie jego Kariery porywają go w swój Wir, pozwalają bez hamulców się Zachłysnąć i posłać na Dno, z którego jednak na szczęście w porę zdoła się Odbić. 
Sam film rozpoczyna się Spektakularnym Wtargnięciem (jakże typowym dla Scenicznego Wizerunku Artysty w tamtych czasach) Męskiej Postaci w obcisłym, ogniście pomarańczowo – czerwonym Kostiumie Scenicznym, stylizowanym na Diabło – Smoko – Ptaka, w sam środek grupowej sesji terapeutycznej w ośrodku leczenia uzależnień. 
Mężczyzna z początku rozpiera się na krześle i butnie obwieszcza, że dobrze zna tą formułkę: „Mam na imię Elton i jestem alkoholikiem, kokainistą, uzależnionym od leków i zakupów seksoholikiem.”. Z każdą minutą topnieje jednak Emocjonalna Maska mężczyzny, przywdziana wcześniej na twarz, jakby wciąż był na Scenie, a Prawdziwość i Autentyczność moszczą sobie miejsce zwalniane krok po kroku przez Autokreację. Fabuła zaś całego filmu (który również, jak dopięty klamrą, na tejże terapii się kończy) to jego opowieść podczas tej i późniejszych sesji terapeutycznych o jego Życiu: począwszy od Dzieciństwa, poprzez Młodość, wraz z Posmakowaniem Zawrotnej Kariery, która z czasem docisnęła go brutalnie do ściany i doprowadziła do punktu, w którym jest obecnie, w momencie akcji filmu. 
„Musisz zabić w sobie tego, kim się urodziłeś, by stać się tym, kim chcesz być.”
Nie bez powodu pojawia się tutaj ten nieco Złowieszczy Cytat, z którym nie do końca się zgadzam. W moim odczuciu to zupełnie nie o to chodzi, że Elton John miał „zabić w sobie”, czyli zapomnieć o Reggie’m Dwight’ie, Którym się Urodził, odciąć się od swoich Korzeni i stać Kimś Innym, kto żyje odtąd wyłącznie jako Wyobrażeniem nierzadko Karykaturalne, Samego Siebie. 
Według mnie to nie o to powinno było chodzić, aby Elton wyrwał z siebie Reggie’go z korzeniami. Bardziej zaś moim zdaniem chodziło o to, by to Elton ZAKORZENIŁ SIĘ w Reggie’m, a więc aby jego Przyszłość, która w jego odczuciu miała być Lepszą Wersją jego samego, była mimo wszystko wsparta na tym, Kim ten człowiek był od Urodzenia i by z Przeszłych Doświadczeń czerpał Siłę do tego, by mieć Wpływ na swoją Odmianę swojej Przyszłości. To nie w tym rzecz, tak sądzę, by ZAPOMNIEĆ Kim się jest i DLACZEGO dotarło się do takiego, a nie innego miejsca w swoim życiu. Bo gdyby iść tym tropem, to Każdy z nas, kto ma za sobą trudne doświadczenia i chciałby budować siebie od nowa z całkowicie Czystą Kartą, to wówczas bylibyśmy trochę Tacy, jak Człowiek pozbawiony Wewnętrznego Źródła, Zagubiony w Czasie i Przestrzeni, który doznał amnezji. A żadne Stadium Rozwoju, także tego emocjonalnego, pominięte być nie może, Motyl nie rozwinie się bez zaistnienia Larwy. I wydaje mi się, że chodzi nie o to, by żywić nienawiść do własnej przeszłości, lecz Ukochać w sobie tego Zakompleksionego Człowieka po to, by poczuł, w czym tkwi jego Siła, gdy OSWOI swoje Słabości, a nie je ODRZUCI. Albowiem to, jak się Ewoluuje to według mnie powinien być Sukcesywny Proces, nie zaś „chirurgiczne cięcie”. Co więcej, pozwolę sobie na taką sugestię, że być może (jeśli usłyszane przez Bohatera w filmie słowa faktycznie padły) właśnie dlatego Reginald/Elton popadł we wszelkiej maści uzależnienia – bo chciał zapomnieć Prawdziwego Siebie i Żył Wyobrażeniem tego, Kim może się stać dzięki Wynoszącej go na Piedestał karierze. Myślę, że Elton wcale nie miał powstać z Niebytu i z Zapomnienia o Reginaldzie – w kontrze do niego, lecz WŁAŚNIE DLATEGO, że był tym stłamszonym niegdyś chłopakiem, który spróbował zawalczyć o to, by osiągnąć coś więcej niż wcześniej sądził, że jest w stanie. Moim zdaniem, idąc jeszcze o krok dalej, gdyby nie to, co przeszedł Reginald – mogłoby nie być Eltona: nie posmakowałby tej Kariery, ale również, gdy w momencie Szaleńczej Sławy się pogubił – mógłby ponownie nie odnaleźć w sobie siły, by raz jeszcze Odbić Się od ściany. 
Reginald Kenneth Dwight już od Dzieciństwa wykazywał się Nieprzeciętną Wrażliwością Artystyczną i Wielkim Talentem Muzycznym, a nuty traktował z Najwyższym Pietyzmem, co pozwalało mu na składanie ich pozornie nic nieznaczących rzędów w Poruszające i Nośne Utwory. 
„Całą melodię miałem w głowie. Widziałem nuty, musiałem je tylko zapisać.”
Wychowywany był jednak przez lodowatych, trzymających go na dystans rodziców, którzy jego Pasję mieli za Fanaberię, zaś jedyną Osobą sekundującą mu w dążeniu do Spełniania Marzeń (w którym to pierwszym krokiem było otrzymanie stypendium Królewskiej Akademii Muzycznej) była również z nimi mieszkająca Babcia. 
Był odrzucony przez wiecznie sfrustrowaną, skupioną na sobie Matkę (która nie skrępowała się nawet tym, że Syn nakrył ją na zdradzie małżeńskiej, dokonanej na tylnym siedzeniu samochodu pod samym ich domem) i przez Ojca, rzadko bywającego w domu wojskowego, który – gdy już doń wracał, to widać było, że syn mu zawadza i wiecznie szkolił go co i jak ma robić, bo jest Chłopcem, a nie Dziewczynką. Zresztą, gdy tylko nadarzyła się pierwsza sposobność, po wyjściu na jaw zdrady żony, to mężczyzna nie oglądając się nawet na chłopca pakuje swoje manatki i na odchodne rzuca żonie słowa, które Reggie słyszy, że „złapała go na dzieciaka”, co tylko dowodzi, że oboje rodzice go nie kochali i traktowali przedmiotowo. Reggie także nigdy nie doczekał się, choć bardzo o to zabiegał, by któreś z rodziców go po prostu PRZYTULIŁO. 
A oni mało, że nie sprawdzili się w swoich Rolach Wychowawczych, gdy był on jeszcze Dzieckiem i Nastolatkiem, to również i później, w momencie Największej Próby, którą było dla niego wyznanie matce i próba powiedzenia ojcu o tym, że jest Homoseksualistą, mówiąc kolokwialnie, „dali ciała”. Fakt, że decyzja o wyjawieniu prawdy zapadła w nim może trochę nazbyt pod wpływem emocji, bo w dużej mierze pod presją ówczesnego partnera i managera, który wykorzystując zaślepienie Mężczyzny pierwszą wielką miłością, traktował go jedynie jak „maszynkę do robienia pieniędzy”. Co nie zmienia faktu, że gdy matce odważył się powiedzieć o swojej orientacji seksualnej, to ona wyznała wprawdzie, że wie o tym już od dawna, ale dodała także… żeby miał świadomość, iż w ten sposób skazuje siebie na samotność, bo nikt go nigdy prawdziwie nie pokocha. Ojca zaś w ogóle nie interesowało, co syn ma mu do powiedzenia. Ekscytował się jedynie tym, że przyjechała do niego Wielka Gwiazda (już nie zahukany, skulony w sobie Reggie, a roztaczający wokół siebie Blask i przynajmniej pozorną Pewność Siebie – ELTON) i podtykał mu usilnie pod nos płytę, którą miał on podpisać dla znajomego swojego ojca. Co więcej, ojciec Reggie’go/Elton’a bezsłownie, choć całkowicie niedyskretnie podkreślał bliską więź emocjonalną z dwoma młodszymi synami urodzonymi w drugim związku, a gdy dorosły już Reginald/Elton powiedział mu wówczas ze łzami w oczach: „Widzę, że chociaż za drugim razem ci się udało.”, to ten bez cienia zażenowania odparł całkowicie serio: „Tak, to prawda”, a wizyta w istocie zakończyła się bez Wyznania, z którym syn przyjechał do ojca. 
Jakby tego było mało, matka Artysty i jej drugi mąż również nie omieszkali korzystać z luksusów, które płynęły z jego kieszeni, a matka bez ogródek rzuciła mu w twarz, że dla niego poświęciła związek z jego ojcem. Do tego wszystkiego „dorzucił się” także jego pseudozakochany partner i manager – krwiopijca w jednej osobie, który wykorzystując alkoholowo – narkotyczne ciągi Elton’a, w jego domu, za jego pieniądze i praktycznie na oczach jego współpracowników, bezceremonialnie pie****ł się z innym mężczyzną. 
Wracając zaś do Kariery Elton’a i tego, co ona ze sobą przyniosła (z próbą samobójczą dokonaną „na haju” i atakiem serca włącznie), to po serii początkowych Występów w niewielkim klubie w UK, został on wypatrzony przez „Grubą Rybę” branży muzycznej z USA, co sprawiło, że życie Elton’a, z jego wszystkimi Blaskami i Cieniami, odpaliło jak rakieta, nad którą on jednak z czasem kompletnie stracił kontrolę, bezwolnie pozwalając, by kto inny usiadł za sterami. 
Zatrważające jest to, jak Takie właśnie Nadwrażliwe Jednostki Ludzkie (bo Sir Elton to tylko jeden z modelowych przykładów ze świata), chcąc po prostu Zaistnieć, by Tworzyć i Dzielić się z Innymi swoją Twórczością, dają się zmanipulować i wciągnąć w bagno „szołbizu”, jak pozwalają innym na przejęcie Panowania nad Sobą. Gubią też nierzadko moment, w którym ci podający się wcześniej za ich „bratnie dusze”, przestają już ukrywać, iż w istocie chodzi im wyłącznie o dojenie zeń kasy, a do swojej brudnej gry „bocznymi drzwiami” wprowadzają wszelkiej maści używki, by później móc im wmówić, że w istocie są słabeuszami, którzy nic nie potrafią osiągnąć bez „wspomagania” środkami zmieniającymi świadomość i bez „szerokich pleców” w postaci koneksji osób liczących się w Branży. A to tym manipulantom daje do ręki dodatkowy argument przemawiający za tym, by swoje ofiary kopnąć w tyłek wówczas, gdy już przestają im być potrzebne, bo cel finansowy osiągnął wystarczający pułap. A ci, którzy stają się Ofiarami, dają się przekonać, że inni wiedzą lepiej czego im potrzeba, że dają się odciąć od tych, którym naprawdę zależy na ich dobru. Z drugiej strony, często właśnie tacy Artyści, są i Kapryśni i trochę Snobistyczni, ale i Okrutni – tak wobec innych, jak i wobec samych siebie. 
Poznając więc ostatnio tą właśnie, fabularyzowaną historię Reginald’a Dwight’a/Elton’a John’a, od wczesnego dzieciństwa po pierwsze lata Kariery Muzycznej na Największych Scenach świata, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jakoby dopadło mnie straszne Deja Vu, w którym Postać Reginald’a Dwight’a/Elton’a John’a niebezpiecznie przenikała się z Postacią Farrokh’a Bulsara/Freddie’go Mercury’ego. 
Obaj urodzeni jako Chłopaki z Prowincji, Wychowujący Się w Zaściankowych Mentalnie rodzinach, które nie rozumiały ich Pasji i za wszelką cenę chciały ją w nich zdusić. Determinacja zaś, z jaką ci Dwaj Młodzi Ludzie parli do przodu, by tym wszystkim Niedowiarkom (którzy, teoretycznie jako ci najbliżsi, powinni ich wspierać, a nie tłamsić) Udowodnić (jak i sobie również), że skoro im zależy to dadzą radę i że nie ma dla nich Rzeczy Niemożliwych. 
„Jak tłustawy chłopak znikąd, może stać się piosenkarzem…?”
I cóż…
Również w obu tych przypadkach zaczyna się całkiem niewinnie od Spotkania z Osobami, które faktycznie są tymi Odpowiednimi, o Właściwym Czasie i we Właściwym Miejscu (i które zostaną wiernie przy boku, gdy już fałszywym przyjaciołom opadną maski), od koncertów w małych klubach, po lawinę kolejnych zdarzeń, otwierających na oścież Wrota do Sławy, Pieniędzy i Blichtru. Później zaś, pod wpływem pierwszego Zachłyśnięcia, następuje odwrót o 180 stopni i zaczynają przyciągać ludzi zupełnie nowych, obiecujących przysłowiowe „złote góry”. Dochodzi do tego, napędzana używkami, pogłębiająca się ignorancja i przedmiotowe traktowanie tych którzy od początku Stali za nimi Murem.
Biorąc zaś pod uwagę ostatnią, głęboko wg. mnie Poruszającą scenę filmu, pozwolę sobie powrócić raz jeszcze do cytatu zawartego już wcześniej w moim tekście:
„Musisz zabić w sobie tego, kim się urodziłeś, by stać się tym, kim chcesz być.”
Ta bowiem scena, w której na sesji terapeutycznej zjawiają się, jedno po drugim, Wyobrażone postacie Rzeczywistych Osób, które przewinęły się przez kolejne lata jego życia, aż do momentu, w którym film się kończy – dobitnie pokazuje, jak kolejno rozlicza się on z tymi, od których doznał krzywd, a innych przeprasza za to, jak owładnięty Żądzą Pieniądza i Ślepą Miłością stał się dla nich Podły i Niewdzięczny. Na końcu zaś podchodzi do Wyobrażenia samego Siebie sprzed wielu lat, gdy był jeszcze Małym Chłopcem, pragnącym Ciepła od tych, którzy go odrzucali. I oto dzieje się rzecz, która zdaje się być potwierdzeniem mojej tezy (choć oczywiście każdy może odbierać to inaczej), że to stwierdzenie o „zabiciu” w sobie tego, kim się urodził, by stać się tym, kim chce – to „bujda na resorach”. Podchodzi bowiem Dorosły Reginald (tak, dokładnie on – nie Elton i to także jest tu bardzo Symbolicznie widzowi Uzmysłowione) do małego Reggie’go i w reakcji na to samo, ponownie po latach zadane (choć wówczas Samemu Sobie) pytanie chłopca: „Kiedy mnie przytulisz?”, mocno zamyka w ramionach to swoje Dziecięce Wcielenie. Zupełnie tak, jakby w końcu z samym sobą się POGODZIŁ, a jednocześnie samego siebie PRZEPRASZAŁ, że na drodze obranej do zrealizowania własnych marzeń tak się pogubił i siebie poturbował, miotając się w Prawdach i Kłamstwach, myląc czyjeś Szczere Intencje z najzwyklejszą w świecie, Przedmiotową Interesownością. 
Bo to chodzi właśnie o to, by POGODZIĆ SIĘ Z TYM CZŁOWIEKIEM, jakim przyszliśmy na świat, z tym, że taka a nie inna była jego przeszłość, która jednak go nie złamała i teraz kroczy dalszą, własną drogą – nie POD PRĄD lecz POMIMO. 
Na sam koniec filmu zaś, jest pokazana „zbitka” prawdziwych, współczesnych zdjęć Elton’a John’a z Mężem David’em Furnish’em i ich Dwoma kilkuletnimi Synami wraz z informacją, że po przebyciu terapii odwykowej Artysta od 28 lat jest „czysty”.
Tak…
Kiedy wyszłam z „Rocketman”, to wyć mi się chciało i wrzeszczeć, a każda kosteczka w ciele bolała od tego, jak przez dwie godziny trwania filmu w napięciu, choć bezwiednie, spinałam wszystkie mięśnie. Pierwszą zaś Refleksją, jaką w rozdygotanym umyśle miałam niemal od razu po wyjściu z Kina było to, iż Elton’owi Los dał Właściwy Czas, by w porę zdążył się otrząsnąć. Pomimo tego, że tak jak Freddie Mercury przeszedł przez szereg uzależnień, przez żerowanie innych na jego majątku, aż po pseudozakochanego mężczyznę, który zawłaszczył jego ciało, serce, umysł, ale i pieniądze. Najważniejsza jednak, niestety, różnica pomiędzy Oboma Artystami była taka, że Elton John ZDĄŻYŁ z danej mu Drugiej Szansy SKORZYSTAĆ – a dla Freddie’go Mercury’ego było już po prostu ZA PÓŹNO…
Zawsze przy tego typu Produkcjach, gdy ktoś mnie pyta o Wrażenia, mam duży problem z użyciem słowa, że coś mi się po prostu „podobało” bądź nie. To są Emocje tak Silne, zagrane na tak Wysokich Tonach, że to słowo wydaje się znaczyć za mało. Dlatego powiem tak: Emocje tego Filmu były BARDZO TRUDNE, ale z mojej perspektywy uważam, że bardzo było warto go doświadczyć, co więcej – że dla takich przeżyć ZAWSZE WARTO. 
I choć na początku napisałam, że nie odważyłabym się porównywać ze sobą Jakości filmów „Rocketman” i „Bohemian Rhapsody” (o którym pewnie tekst również się tutaj pojawi we właściwym dla mnie momencie), to nad jedną rzeczą, która oba te Obrazy łączy bardzo mocno ubolewam, a jest to mianowicie Ścieżka Dźwiękowa, tzw. Soundtrack. 
Według mojego ucha, a jestem podobno „całkiem niezła w te klocki”, w „Bohemian Rhapsody” niewiele piosenek wykorzystanych zostało w oryginale, z Wokalem Freddie’go, zaś w „Rocketman” piosenka w Oryginalnym Wykonaniu Elton’a pojawia się wyłącznie w napisach końcowych. Reszta zaś to moim zdaniem Wykonania innych Wokalistów – i choć przyznaję, że bardzo dobre, to uważam, że w przypadku Artystów tego Formatu NIC i NIKT nie zastąpi ORYGINAŁU.
Cóż, szkoda wielka…
I zastanawiam się teraz, jaka Dramatyczna Opowieść o Marzeniach jako kolejna trafi na Ekrany Kin…
Amy Winehouse?

PS: Wszystkie użyte w tekście cytaty pochodzą z kinowego tłumaczenia oryginalnych dialogów.

Jedna odpowiedź na “„Rocketman”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s