„Touch me not”

„Touch me not”, Kino Muranów w Warszawie, 3 lipca 2019 r. 
Występują: Laura Benson, Tómas Lemarquis, Christian Bayerlein oraz reżyser filmu – Adina Pintilie
Zanim zacznę, lojalnie chcę uprzedzić – zwłaszcza tych, którzy kiedykolwiek twierdzili, że zbyt “rozwlekam się” w swoich “wynurzeniach”, żeby mieli wybór – czytać/nie czytać: dzisiejszy tekst niewątpliwie BĘDZIE dość mocno dygresyjny i wyraźnie nacechowany moimi osobistymi odniesieniami, przemyśleniami, wrażeniami, odczuciami. Jeśli ktokolwiek będzie uważał, że „za dużo wątków”, „zbyt długie zdania”, to po takim uczciwym wstępie z mojej strony, może podjąć decyzję. Taki to mój ukłon w stronę tychże.
Jak zawsze w przypadku moich tekstów, to także nie będzie „typowa” recenzja.
To będzie najintensywniejszy tekst, jaki dotąd napisałam, być może najśmielszy jaki w ogóle kiedykolwiek napiszę. Będzie gęsto, parno, duszno – o tym też uprzedzam. Bo taki jest ten film – BEZ TABU.
A teraz, cóż… zaczynamy tą zaskakującą (czyżby?) podróż w głąb człowieka – dosłownie i w przenośni.
Film ten nie jest ani fabularną opowieścią obyczajową, reportażem też nie, nawet nie wywiadem. W opisie tej produkcji (na stronie www.kinomuranow.pl) można znaleźć określenie, iż jest to „eksperyment filmowy”. Coś w tym jest, choć może wcale nie trzeba używać żadnego nazewnictwa, tylko popłynąć z prądem tego, co w środku i samemu wydziergać sobie swoją własną interpretację serca i umysłu?
Ja powiedziałabym, że dla mnie ten (no dobrze, już użyjmy tego terminu) „eksperyment filmowy” jest czymś w rodzaju bardzo bliskiego, wręcz intymnego towarzyszenia bohaterom przez reżyserkę w doświadczaniu ich emocji i uczuć związanych z własną fizycznością, w przełamywaniu weń blokad, oswajaniu traum, jak i w celebracji tejże – taką, jaką nam ją dano, z całym jej „dobrodziejstwem inwentarza”. Fakt, współgrają z tym skrawki rozmów autorki z bohaterami filmu, jednak jest to bardziej wymiana międzyludzka, aniżeli sucha rozmowa na zadany temat, która mieściłaby się w ścisłych ramach zaplanowanych wcześniej pytań i odpowiedzi. Oto bowiem, w jednej ze scen, bohaterka namawia reżyserkę do tego, by zamieniły się miejscami i gdy ta druga siada już nie za – a przed kamerą, to w niej wtedy również coś pęka, coś się uwalnia.
Znaleźliby się zapewne tacy, którzy powiedzieliby, że film jest wulgarny, brutalny, odpychający. Gdyby spojrzeć nań w warstwie samego obrazu, w odniesieniu do tych najostrzejszych scen zwłaszcza – to jestem w stanie się zgodzić, że podany jest totalnie wprost, a fizyczność ludzka, odarta z wszelkich blokad, wstydu i uprzedzeń wobec siebie (co także generuje później dosłowność ich relacji na poziomie płciowości) wylewa się z ekranu strumieniami. Możnaby i uznać, że obraz ten traktuje człowieka przedmiotowo – gdyby zbyt dosłownie wziąć najbardziej prawdopodobny cel, z jakim zostało to pokazane tak, a nie inaczej. 
Sposób przedstawienia relacji człowieka wobec jego seksualności nie jest tu samym „byciem dla bycia”, w tym swoistym szaleństwie reżysersko – operatorskim jest, moim zdaniem, metoda. Myślę, że owszem, mógł być tu pewien zamysł zszokowania widza, finalnie prowadzący ku temu, by przewrócić „do góry nogami” sposób myślenia, by szeroko otworzyć widzowi umysł na wymiecenie zeń uprzedzeń, stereotypowych, utartych przekonań i uświadomić, że każdy – niezależnie od swojej sytuacji życiowej, od wieku, płci, orientacji seksualnej – ma swoje określone preferencje w odniesieniu do tego, co z intymnością związane.
Film nie idzie na żadne ustępstwa, jest naszpikowany intymnymi dźwiękami, ruchem ciał, niemalże czuje się zapach, który nie zawsze jest przyjemny. Jest przenikliwy, wdziera się pod skórę i owszem, wywołuje pewien rodzaj skrępowania, który może być spowodowany faktem, że inni ludzie siedzą naokoło, a coś takiego wolałoby się raczej obejrzeć w samotności. Ponadto, nie ma co ukrywać – format kinowego ekranu także robi swoje – tym bardziej, że praca kamery w filmie jest tu taka, że plany są bądź totalnie bliskie (niemal mikroskopijne), bądź totalnie szerokie, ukazujące wszystko, co tylko w fizyczności człowieka ukazać można – jak na dłoni. Sugestywne są tu obrazy ludzkich ciał, należących do osób, które oddają się czynnościom autoerotycznym, bądź korzystają z oferowanych publicznie „uciech” – w różnych konfiguracjach płciowych, bardziej bądź mniej wymyślnych, finezyjnych lub nie – formach realizacji swoich potrzeb. Wszystko jest tu organiczne, pierwotne, sięgające do źródeł ludzkich instynktów, rozpasane, dzikie, nierzadko brutalne (co i tak w odbiorze jest zależne od indywidualnych upodobań i od tego, co każdego z nas pobudza, a co nie). 
Nie mam jednak poczucia, że jest to film, który miał zakrawać na por*****fię. To film produkcji niemiecko – rumuńsko – czesko – francusko – bułgarskiej, co tłumaczyć może takie „popłynięcie” w sposobie jego realizacji, ze względu na wielokulturowość twórców. Gdy się o tym pomyśli w ten sposób, to choćby trochę przestaje zadziwiać, dlaczego wszystko zostało weń podane jak „na talerzu”. Myślę, że ta dosadna reżyseria i nieprzebieranie w słowach było środkiem do celu, ażeby bez ogródek uświadomić widzowi, jak często jesteśmy na swój sposób zagubieni, jak zróżnicowane są nasze poszukiwania własnej tożsamości, jak w sposób indywidualny przedzieramy się przez warstwy pozorów, nierzadko sięgając na tej drodze po środki, które postronnym mogą wydawać się „skrajne”. 
Nigdy nie wiemy, czego drugi człowiek akurat potrzebuje i nie nam to oceniać.
W filmie jest troje głównych bohaterów:
Laura – pięćdziesięciolatka, która jest w takim momencie swojego życia, że dopiero dojrzewa do tego, by chcieć zrozumieć swoje pragnienia. Zaczyna także odkrywać to, co w niej samej ogranicza ich spełnienie – poprzez przechodzenie przez kolejne etapy zrywania więzów związanych z własną płciowością. A towarzyszą jej w tym:
– z jednej strony, ktoś w rodzaju terapeuty/coach’a/motywatora, a więc profesjonalista, który swoje działania opiera na przygotowaniu merytorycznym i uświadamia jej, że główną przeszkodzą kobiety w otwarciu się na samą siebie i własne potrzeby jest głęboko w nią wdrukowany gniew. 
– z drugiej strony, w aspekcie bardziej prywatnym, opartym na własnym doświadczeniu, w sposób bardziej osobisty – transgenderyczny mężczyzna, który nosi się jak kobieta, mówi o sobie w formie żeńskiej i kobietą się czuje (mimo, iż fizycznie zachował zarówno zewnętrzny atrybut męskości, jak i został obdarzony przez medycynę tym żeńskim). 
Kobieta ze wsparciem pierwszego z nich dociera do tego, że tkwiący w niej gniew jest nieuwolnionym, zamkniętym jak w klatce gniewem tej dorosłej kobiety, którą skrzywdzono, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Nie jest to wprawdzie powiedziane wprost, ale między wierszami słów i zachowań kobiety można wyczytać, iż prawdopodobnie w dzieciństwie była bądź maltretowana, bądź molestowana przez swojego ojca. I oto ten jej trudny, wewnętrzny proces oczyszczania się z przeszłych doświadczeń, centralnie zderza się w filmie z teraźniejszością, w której ten właśnie ojciec kobiety leży w szpitalu, podłączony do aparatury i kompletnie niesamodzielny. Laura codziennie do niego przychodzi i z pomocą personelu medycznego, mechanicznie i bezrefleksyjnie wykonuje przy nim wyuczone czynności pielęgnacyjne. Widać jednak, że coś pulsuje jej pod skórą, że coś narasta i w każdej chwili może wybuchnąć, i jak się później okazuje jest to ten gniew właśnie, który poszukuje drogi ujścia. A kiedy w ramach akcji filmu przychodzi do szpitala ostatni raz, wówczas ewidentnie coś się w niej zmienia. Laura staje wtedy przy łóżku ojca, jej wyraz twarzy jest zdecydowany, a wzrok zimny i niewzruszony. A kiedy po chwili mężczyzna moczy łóżko, nie sygnalizując wcześniej w żaden sposób potrzeby fizjologicznej, wówczas kobieta naciska wiszący przy łóżku dzwonek, którym wzywa pielęgniarkę, a sama… wychodzi. Jak dla mnie to symbol tego, że czuje się wreszcie wolna i nie jest mu nic winna, a już na pewno nie w imię źle pojętego „poczucia obowiązku”.
W czasie filmu kobieta doświadcza różnych przejawów okazywania seksualności w kontakcie z osobami, które przewijają się przez jej mieszkanie. Prawdopodobnie czyni to po to, by odkryć, co są interesuje, poczuć jakąkolwiek reakcję swojego ciała, może chce zrozumieć, czy własna i cudza płciowość, mają dla niej jakiekolwiek znaczenie.
Robi to na początku trochę „po omacku”, wynajmując najpierw na noc młodego „chłopaka do towarzystwa”, którego w pierwszej scenie obserwuje pod prysznicem, by później w swojej sypialni, siedząc na bezpieczną odległość od niego, z niewiele mówiącym wtedy wyrazem twarzy i chłodnym wzrokiem, bez jakichkolwiek zewnętrznych reakcji swojego ciała, bacznie wpatrywać się w tego mężczyznę – zaspokajającego się na jej oczach, co jak można było sądzić, zawarli w umówionej „usłudze”. Gdy jednak ten skończy, ubierze się, zabierze swoje wynagrodzenie i wyjdzie z jej mieszkania, wówczas kobieta wsunie się na to łóżko, na którym przed chwilą leżał ten zupełnie obcy, całkiem nagi i bardzo młody mężczyzna i zacznie w jakiejś dzikiej desperacji przyciskać do twarzy prześcieradło, na którym ów pozostawił swoje ślady. 
Innym razem, o czym już trochę powyżej, Laura zaprosi do siebie transgenderystkę, po odkryciu jej kanału internetowego, na którym zwraca się ona do kobiet i mówi o ich potrzebach. Laura rozmawiając z nią/z nim o jej/jego doświadczeniach, będzie chciała zrozumieć, jak można jeszcze postrzegać własną tożsamość płciową, przekroczyć będzie chciała pewne granice w swoim umyśle w postrzeganiu ludzkiej fizyczności, którą zwykle zamyka się w jakichś określonych ramach. Zdaje się, że próbuje również od niej/od niego czerpać zadowolenie z własnej kobiecości, którą gość Laury zdaje się emanować.
Szalenie radosna i przejmująca jest za to ostatnia scena, w której Laura decyduje się całkowicie rozebrać i stanąć centralnie w oku kamery, pozwalając po raz pierwszy, by ktoś ją – taką, jaką jest, obserwował (nie tylko w tym aspekcie związanym sensu stricte z ciałem). Potem zaś zaczyna tańczyć, a z każdym swoim ruchem jest coraz bardziej swobodna, zaczyna wręcz odprawiać jakiś szaleńczy, taneczny rytuał, skacze, śmieje się, cieszy swoim ciałem. Gniew znika. Kobieta już wie kim jest i się tego więcej ani nie wstydzi, ani nie boi. 
Tómas – trudno określić jego wiek, może mieć między 30 a 40 lat. Jako 13-latek stracił wszystkie włosy na głowie. I właściwie od tamtej pory czuł, że coś się zamknęło. Długo jednak sądził, że przeszkodą jest to, co na zewnątrz (reakcje ludzi), co powoduje, że jest wewnętrznie zblokowany, lecz w miarę rozwoju filmu i nawiązaniu nici porozumienia z trzecim bohaterem (o którym za chwilę) – zrozumiał, że jest dokładnie odwrotnie. To jego zamknięte wnętrze nie pozwalało mu na gotowość przyjęcia tego, co może na niego czekać na zewnątrz. 
Mężczyzna usilnie próbuje zatrzymać przy sobie kobietę, która jasno daje mu do zrozumienia, że „między nimi koniec”. 
A kiedy on zaczyna ją śledzić, odkrywa jej sekret. Dociera za nią do zadymionego, spowitego czerwienią buduarowego światła klubu wyłącznie dla osób dorosłych, w którym tłumy ludzi, stłoczonych ze sobą, realizują swoje najgłębiej skrywane fantazje, bądź rozładowują frustracje, czy też szukają urozmaicenia swojego życia intymnego z partnerem/partnerką. Możliwe, że w ten sposób chcą także, z powodów zrozumiałych tylko dla nich samych, rozpoznać gdzie leży ich własna granica – a może i wręcz ją przekroczyć. Różne są zapewne ich motywacje. 
A kiedy Tómas wchodzi w to miejsce, jego uwagę przykuwają osoby skupione w półkolu, w którego środku odbywa się coś na kształt „pokazu”, w którym „stroną uległą” jest weń jego była już partnerka. Tómas jest świadkiem sytuacji, w której kobieta, w imię potrzeby osiągnięcia silnej przyjemności, własnej i towarzyszącego jej „mężczyzny bez twarzy” (jest zamaskowany) – jest przez niego podduszana. Tómas zaczyna wówczas najprawdopodobniej rozumieć, że kobieta nie tylko w ten sposób zarabiała pieniądze, ale też pragnęła czegoś, czego on nigdy nie byłby w stanie jej ofiarować, bo nie mieściło się to w przestrzeni jego pojmowania wzajemnej bliskości. 
Christian – facet „po 40-tce”, poruszający się na specjalistycznie oprzyrządowanym wózku inwalidzkim, z niepełnosprawnością ruchową, którego ciało jest ekstremalnie zdeformowane, twarz nienaturalnie wykrzywiona, a on nie panuje nad swoimi mięśniami, których zaburzona praca powoduje m.in. ślinotok. Jest całkowicie zależny fizycznie od opieki i pomocy swojej partnerki, gdyż nie jest w stanie wykonać żadnej czynności samoobsługowej, czy najbardziej prozaicznego ruchu ręką, by choćby – jak sam zauważa, podrapać się w głowę. 
Najtragiczniejsza postać z całego filmu, czyż nie?! Bo przecież tamci sobie jakoś poradzą tylko dlatego, że mają sprawne wszystkie kończyny i są samowystarczalni! Ni mniej, ni więcej, a żyjący prawie jak roślina człowiek, któremu należy współczuć. Sądzę, że sporo osób (do nikogo nie mając pretensji, w nikogo nie uderzając – to się po prostu stało dość, że tak powiem, „powszechne” postrzeganie) w pierwszym odruchu, bezwiednie, czytając początkowe linijki mojej charakterystyki Christian’a, tak właśnie mogło pomyśleć. Celowo bowiem, bo lubię prowokować, zaczęłam od tych oczywistych, w zewnętrznym sensie, cech tego mężczyzny.
Jesteśmy w Polsce, w której coś już się wprawdzie w ogólnospołecznej mentalności zmienia, choć wciąż idzie to ślimaczym tempem i wielką niewiadomą wciąż pozostaje dokąd i w jakim czasie zdołamy dotrzeć w naszym postrzeganiu rzeczywistości. Jestem wrogiem generalizacji – to prawda, chodzi mi tylko o to, że choć wiele poszczególnych jednostek z pewnością nauczyło się myśleć samodzielnie, to wciąż jeszcze ciągnie się za nami postrzeganie ludzi przez pryzmat tego, że coś/ktoś nie mieści się w ramach, nie przystaje do reszty społeczeństwa, a przez to opinie są często wydawane fasadowo, na podstawie tego, co na pierwszy rzut oka/ucha „się wydaje”. 
A definicji człowieka nie da się sformułować w oparciu przede wszystkim o jedną cechę, która nam – obserwującym z dystansu, wydaje się nadrzędną, bo najbardziej wybija się w naszym przekonaniu ponad inne. Bo człowiek to „zespół cech”, a nie „szufladka” z jednym podpisem – „taki bądź ów”, „ten czy inny”, „wysoki – niska”, „blondyn – ruda”, „hetero – LGBT”, „niepełnosprawny – pełnosprawny” (co gorsza, gdy używane jest słowo, jak się czasem jeszcze niestety słyszy – „normalny”), „zdrowy – chory”, itd., itd. … możnaby mnożyć takich „przeciwstawnych biegunów” mnóstwo i w nieskończoność. Ale to nie prowadzi do tego, by drugiego człowieka naprawdę pojąć. To tylko innym w jakiś tam sposób porządkuje „rzeczywistość”, bo gdy tak sobie drugą osobę „załatkują”, to wydaje im się, że wiedzą czego się po niej spodziewać. 
Rozumiem to. Rozumiem w tym sensie, że nie da się tak łatwo odciąć od nierzadko wdrukowywanych z pokolenia na pokolenie schematów myślenia/widzenia/odczuwania. Stąd także to, że w naszym kraju ciągle jeszcze nie umiemy otwarcie rozmawiać o swojej seksualności, o pragnieniach, upodobaniach itd. – traktowane jest to w naszym społeczeństwie wciąż jako wstydliwy, nierzadko zakazany temat. A najgorzej, gdy takie władanie ludzkimi umysłami w narzucaniu tego, co znaczy „norma”, a co „odstępstwo” od niej (by nie użyć wręcz, tak ochoczo odmienianego przez wszystkie przypadki, słowa „patologia”), co „naturalne”, a co „wynaturzone” – jest podkręcane przez konkretnych przedstawicieli włodarzy państwowych, wespół z niektórymi z tych, którzy mianują się strażnikami moralności. Co to ma wspólnego z miłością bliźniego? Czyż w pełnej miłości nie chodzi o to, by faktycznie kochać człowieka takim, jakim jest – a nie jakie jest nasze wyobrażenie o kimś?
Mnie to coraz częściej już nawet nie boli, lecz doprowadza do wściekłości i budzi mój zdecydowany sprzeciw, wobec takiego stanu rzeczy. Nie mogę słuchać stwierdzeń, że ktoś robi coś „pomimo niepełnosprawności”, że „ma takie ograniczenia” – a mimo to realizuje się zawodowo, uczestniczy aktywnie w życiu społecznym, ma swoje pasje. K***a! Jakie „POMIMO”?! Co ma w ogóle jedno przeciwko drugiemu? Gdzie tu kontra? Dlaczego miałoby się to wykluczać? Nie widzę ku temu powodu. Jasne, osoby z niepełnosprawnościami są w różnej sytuacji życiowej (także tej materialnej), jak każdy człowiek w społeczeństwie. Co więcej, masę osób, które z pozoru są samowystarczalne „bo sprawne fizycznie” nie próbuje nawet nosa z domu wychylić poza to, co niezbędne i konieczne, ma swoją „ulubioną wymówkę” pt. „brak czasu” i tak sobie egzystuje od dnia do dnia, wstając rano, idąc do pracy, robiąc zakupy, odprowadzając i odbierając dzieci, gotując obiady etc., etc. – a proszę mi wierzyć, że znam matki czwórki dzieci, które potrafią „na spontanie” wyskoczyć same do teatru w sobotnie popołudnie. A dlaczego? Bo mają z partnerem układ naprawdę PARTNERSKI. I zarówno jedna, jaki druga strona wie, że nikt sobie samodzielnie rodziny nie stworzył i opieka nad nią spoczywa po każdej ze stron. 
Nie każda osoba, nie tylko z niepełnosprawnością, może pozwolić sobie na szerokie kontakty społeczne – a przypominam, że niekiedy wręcz przeraźliwa samotność nie jest przynależna wyłącznie osobom z niepełnosprawnością, homo -, bi -, czy trans -. Konia z rzędem temu, kto udowodniłby mi, że „heterycy” są częściej i bardziej zadowoleni ze swojego (po)życia, aniżeli reszta, wtłaczana do szufladki z etykietą „mniejszość społeczna”! 
W tym kontekście także, od razu nasuwa mi się niezwykle znaczący fragment rozmowy dwóch męskich bohaterów z jednego z moich ukochanych filmów pt. „Lepiej być nie może”: 
– pierwszy, to ok. 60-letni Melvin: samotny pisarz, autor poczytnych romansideł, który nie znosi osób homoseksualnych i jest przede wszystkim skoncentrowany wokół swoich nadto sztywnych przyzwyczajeń, albowiem żyje od lat ze schorzeniem nazywanym „zaburzeniami obsesyjno – kompulsywnymi” (potocznie „nerwicą natręctw”) – proszę uprzejmie zwrócić uwagę od czego zaczęłam tą charakterystykę postaci, a na czym ją skończyłam.
– drugi, to Simon: ok. 30-letni, piekielnie przystojny artysta – malarz, miłośnik psów – zwłaszcza zaś jednego, którego kocha jak własnego potomka, lecz tłamsi nadopiekuńczością, totalny bankrut z kryzysem twórczym, w młodości wyrzucony przez ojca z domu, gej, który na domiar złego (dla niego samego) jest sąsiadem Melvina z tego samego piętra, będąc dla niego nikim więcej jak „ci**ą”, „pe***em, ucieleśnieniem „rozpusty” i „zepsucia” – a ów fragment rozmowy, w nawiązaniu także w dużej mierze do kontekstu filmu „Touch me not”, pokazuje jak względne jest postrzeganie tego, co dla kogoś w życiu może być „przekleństwem”:
Melvin (Jack Nicholson): „Nie byłoby ci łatwiej gdybyś nie był… no wiesz…?”
Simon (Greg Kinnear): ”A twoje życie, Melvin? Twoje życie jest łatwe?!”
Tak wiem, ta dygresja była długa i nader osobista – uprzedzałam. Była mi ona jednak potrzebna do tego, by udowodnić (choćby w słowie pisanym, lecz popartym prawdziwą, ludzką historią), że to, co (pozornie) widać od razu, „z wierzchu”, nie jest pełną istotą człowieka. 
Bo mam dość. Mam dość stwierdzeń z zewnątrz, że jako osoba z niepełnosprawnością robię coś – pomimo czegoś innego. Mam dość poczucia, że określone grupy społeczne wystawia się „poza nawias”, nie traktuje na równi, lecz jako te „charakterystyczne”, które „się odróżniają”. Chcę być postrzegana jako ten pełnoprawny klocek puzzli, który „wtapia się w cały obraz” – w pozytywnym wydźwięku tego pojęcia, albowiem to nie chodzi o to, by chcieć być przeciętną i po omacku zmierzać za tłumem. Chodzi o chęć zatracenia tego poczucia okazywanego jeszcze ciągle z zewnątrz, że jest się przedstawicielką mniejszości społecznej, fragmentem odrębnego obrazka. 
Bo ja…
jestem Polką.
Mam swoje imię.
Jestem córką.
Siostrą.
Wnuczką.
Znajomą.
Koleżanką.
Przyjaciółką.
Wielbicielką muzyki, teatru, filmu i książek.
Jestem aktywną zawodowo pedagog – terapeutką.
Ateistką.
Dorosłą, heteroseksualną kobietą, w miarę świadomą swoich potrzeb w tej materii.
I dopiero na samym końcu…
… osobą z niepełnosprawnością ruchową.
I tutaj moja druga dygresja (tak, już skończyłam…) z powrotem zatacza koło i wraca do postaci Christiana z filmu „Touch me not”. 
W tym samym kontekście, parafrazując powyższy fragment z „Lepiej być nie może”, możnaby zapytać Christiana, czy jego życie nie byłoby łatwiejsze, gdyby jedną z jego cech nie była niepełnosprawność ruchowa (przy czym ani ona, ani orientacja seksualna – nie są wyborem, wszelkie zaburzenia o podłożu psychicznym także nie).
Otóż nie, moi Drodzy Państwo! Nic bardziej mylnego.
Christian zdaje się w ogóle nie rozpatrywać tego w takich kategoriach. Sam zresztą mówi, że nauczył się w życiu myśleć i dostrzegać, że nie ma tylko rzeczy dobrych i złych, a jest jeszcze cała masa tego, co pośrodku. I w gruncie rzeczy, to zarówno Laura, jak i Tómas mogliby wiele się od Christiana nauczyć o zakorzenieniu w samych sobie, o samoświadomości, pewności siebie, otwartości i patrzeniu na to, jak swego rodzaju ułomność – da się przekuć w atut. 
Mężczyzna był filmowany m.in. w czasie, gdy uczestniczył (wraz ze swoją partnerką) w zorganizowanych w szpitalu (tym samym, w którym leżał ojciec Laury) warsztatach (dla KAŻDEGO), dotyczących różnych aspektów bliskości, seksualności, życia itymnego i bycia w zgodzie z samym sobą w każdej z tych materii – nie lubię słowa „akceptacja”, albowiem wg. mnie brzmi sucho i spłyca temat. Wolę mówić o stosowanym przeze mnie już w tym tekście (ale nie tylko w tym) pojęciu „zakorzenienia”, które sięga – nomen omen, znacznie głębiej. Oglądając w kinie ten film i słuchając tego mężczyzny miałam nieodparte wrażenie, jakby mentalnie był on tam nie uczestnikiem, lecz prowadzącym te warsztaty, albowiem doświadczenie w dochodzeniu (z powodzeniem) do zgody z własnym BYCIEM miał największe i umiejętnie z niego korzystał dla siebie i swojej partnerki. I choć gdy zaczęłam o nim pisać, to celowo uwypukliłam najpierw te cechy, które mogą wydawać się najbardziej „nośne”, to ten mężczyzna był dla mnie przede wszystkim człowiekiem już na totalnie innej orbicie samoświadomości seksualnej niż Tómas i Laura, w pewnym stopniu nawet aniżeli ja sama. 
Jest to w momencie kręcenia filmu dojrzały psychicznie i emocjonalnie, inteligenty i dowcipny – rasowy facet. Christian nazywa rzeczy po imieniu, mówi otwarcie i wprost o tym, że lubi eksperymentowa, by dla siebie i swojej partnerki czerpać z tego przyjemność i nowe wrażenia. 
Był najbardziej z tej trójki otwarty i pozbawiony tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych zahamowań w okazywaniu własnej fizyczności. Nie mówił głównie o tym, co jest jego słabością, co w nim, jako w istocie cielesnej, „nie gra” tak, jak powinno – lecz o tym, z czego w tym swoim pokiereszowanym ciele jest dumny. 
Mówił o tym, że uwielbia swoje oczy (które są wielkie, przenikliwe, jaśniusieńkie, błękitne i przejrzyste niczym szkło), że jest także przywiązany do swoich długich włosów i tatuaży, które jego zdaniem nie są tylko „zewnętrzną ozdobą”, a czymś na kształt filozofii życia. Stwierdza ponadto, że uwaga! (który tzw. „typowy” mężczyzna powiedziałby to ot tak, głośno?!) – uwielbia swój zewnętrzny atrybut męskości, gdyż jest to jedyna częścią jego ciała, która działa mu bez zarzutu. Bulwersujące? Nie. Prawdziwe! Ludzkie! Naturalne. 
Ten sam Christian odwiedza także ten klub, w którym śledząc swoją byłą partnerkę, również spotyka go Tómas. I teraz znów, schematyczno – powierzchowny sposób interpretacji tego faktu narzucić mógłby przekonanie, że ten „ułomny” mężczyzna chodzi w tego typu miejsce wyłącznie po to, by anonimowo rozładować swoje frustracje. 
Otóż znowu – nie. Przypominam – Christian ma w pełni zdrową partnerkę, z którą praktykuje fizyczną bliskość, co więcej, to razem z nią również chodzi w to miejsce. Wyjaśnia JEDNOZNACZNIE (albowiem TŁUMACZYĆ się KOMUKOLWIEK z CZEGOKOLWIEK nie ma obowiązku), iż nie jest to podszyte żadnym „drugim dnem”, a znaczy ni mniej ni więcej tyle, że ona i on – razem, wspólnie, oboje, ze sobą, wespół, cały czas szukają nowych doświadczeń, by utrzymać wysoką temperaturę w związku. 
Christian jednak nie udaje, że wszystko już wie, wszystko potrafi i że nic w bliskości fizycznej dwóch osób nie jest dla niego tajemnicą. Stwierdza, że dopóki nie odkrył jaka przyjemność płynie z seksualności – czuł się jak przenoszony z miejsca na miejsce mózg bez ciała, a na pytanie, czego jeszcze pragnie – odpowiada, że chciałby móc być nie tylko pasywny, że chciałby być w stanie również aktywnie się pie****ć.
Opowiada także w sposób, który dla wielu osób w naszym kraju byłby niepojęty, że jego związek jest na takim poziomie, iż nie ma weń podziału na silniejszego i mocniejszego, bo kiedy trzeba, to ostoją dla niego jest ona, a gdy ona tego potrzebuje – to siłą staje się on i oboje w pełni to czują, zaś bez znaczenia jest dla nich fakt, iż ona jest wpanią swojej fizyczności, a on nie. 
A przecież z trojga bohaterów filmu jest najbardziej pokrzywdzony przez los, czyż nie? Tak, to pytanie zawiera ironię. I nie jest to ironia losu. 
Jedna rzecz musi tu BARDZO JASNO WYBRZMIEĆ: w kręgu moich własnych upodobań nie leży epatowanie się niemalże bezpośrednim, jakby na wyciągnięcie ręki (wielki, kinowy ekran stwarza wrażenie, jakby w tych najbardziej rozbuchanych scenach – te wszystkie ciała wręcz na widza napierały) widokiem ciał, które dygoczą w spazmach, są ze sobą bądź naturalnie splecione, bądź krępowane wiązaniami i również przyznaję, że w kinie podczas seansu kilkakrotnie odwracałam wzrok. Owszem, czułam się w określonych momentach na swój sposób zakłopotana (jestem pewna, że nie zabrałabym ze sobą nikogo na ten film i dobrze się stało, że nie miałam takiego dwuosobowego wyjścia w planach – niezależnie od tego, kto miałby to być), ale nie do końca dlatego, że wstydziłam się, iż w ogóle śmiem na to patrzeć. Myślę, że moja „nieswojość” w tych najbardziej sugestywnych momentach filmu brała się stąd, iż po prostu, najzwyczajniej w świecie… to nie było „moje”. I choć nie lubię „owijania w bawełnę”, to mimo wszystko taki, a nie inny sposób „podania” tych konkretnych scen w filmie nie obejmował akurat moich potrzeb, upodobań, tęsknot, pragnień, by chcieć doświadczyć takiego obrazu – i dlatego zwłaszcza te sceny w klubie wzbudzały coś w rodzaju „wewnętrznego sprzeciwu” mojego organizmu, który tego nie potrzebuje. 
Ale rozumiem, czemu autorka filmu postanowiła pokazać to w taki, a nie inny sposób: by zedrzeć z tematu cielesności wszelkie, mylące nas „opakowania”; by pokazać, że dopóki coś dzieje się za obopólnym przyzwoleniem osób wchodzących w bliski, fizyczny kontakt, to wówczas jest to w porządku i nie ma czegoś takiego, jak ramy, w których można zamknąć przejawy życia intymnego, bądź postrzegania płciowości tak własnej, jak i partnera „do łóżka”. 
Myślę, że to było także po to, by pokazać, że wszystko jest dla wszystkich. I nikt nie powinien dawać sobie prawa do oceny tego CO, JAK GDZIE, i z KIM jest jednym przynależne – innym zaś nie.

Jedna odpowiedź na “„Touch me not”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s