„Boże mój!”

„Boże mój!”, 11 lutego 2019 r. i 18 lipca 2019 r., TEATR POLONIA w Warszawe.

Koprodukcja: Teatr Stu w Krakowie.

Wystąpili: Maria Seweryn – jako Ella, Krzysztof Pluskota – jako Pan B., Ignacy Liss (student Akademii Teatralnej w Warszawie) – jako Lior (podczas Spektakli w Krakowie jego Dublerem jest Jakub Suwiński – student Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie)

To nie jest Spektakl dla Wierzących w jednego Boga, czy to z perspektywy katolicyzmu, czy tak, jak w tym Spektaklu – judaizmu. To także nie Spektakl dla Ludzi innych Wiar. Również nie jest to Spektakl dla Ateistów. Dla nikogo z nich z Osobna to nie jest Historia, albowiem Historia to jest dla WSZYSTKICH.

Jest to dla mnie Opowieść nie tyle Uniwersalna, co szalenie Symboliczna i dalece Wieloznaczeniowa, której Zamysł Artystyczny można Zinterpretować na Różne Sposoby: w kontekście Relacji Człowieka wobec Boga, Człowieka ze Światem (wraz ze wszystkim, co ma on nam do zaoferowania), ale też Człowieka z Człowiekiem – zarówno w znaczeniu Relacji Międzyludzkich, ale też naszego Kontaktu z Samymi Sobą. Tekst ten, autorstwa izraelskiej dramatopisarki Anat Gov, BARDZO BŁYSKOTLIWIE Wyreżyserował Aktor z Ogromnym Dorobkiem Zawodowym i Doświadczeniem, a zarazem obecny Dyrektor Artystyczny Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie – Andrzej Seweryn.

Poznajemy oto kobietę „ok. 40-tki”, Terapeutkę – Ellę, która w Pojedynkę wychowuje szesnastoletniego Syna Lior’a. Czapki z Głów i Podziw nad Ogromem Pracy, jaki ten Młody Człowiek – Ignacy Liss włożył w Wiarygodne i ani w odrobinie Nieprzerysowane wcielenie się w Postać nastolatka z Autyzmem – wyszedł z tego zdecydowanie Z Tarczą. Lior, żyjąc z pozoru We Własnym Świecie (choć wie znacznie lepiej, niż dorosłym się wydaje, co dzieje się wokół niego, lecz reaguje na te zdarzenia w sposób dla „przeciętnego Kowalskiego” nader osobliwy), koncentruje się przede wszystkim na graniu kilku powtarzających się dźwięków na klarnecie, co go uspokaja (wielu Autystów poświęca się takim powtarzalnym, „fiksacyjnym rytuałom” – dla zewnętrznego świata niezrozumiałym i pozbawionym logiki), zaś jego Matka – oddając się codziennym czynnościom w ogrodzie, wygłasza monolog na temat poważnego w skutkach dla przyrody braku deszczu, którego ani kropla nie spadła od dłuższego czasu. Lior nie jest w stanie wyrzec ani jednego słowa, a wydaje wyłącznie dźwięki, ma szereg stereotypii ruchowych (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stereotypia), prezentuje sztywne wzorce zachowań i zainteresowań (jak wspomniana gra na klarnecie kilku, w kółko powtarzających się dźwięków): http://wiki.biol.uw.edu.pl/t/img_auth.php/5/56/Wyklad4_sztywne_wzorce.pdf i często reakcje nieadekwatnie nasilone, w stosunku do zaistniałego bodźca zewnętrznego, z agresją ukierunkowaną na samego siebie włącznie, która jest najbliżej mu dostępnym środkiem na rozładowanie napięcia emocjonalnego, powstałego „tu i teraz” (związane jest to z jednym z elementów tzw. Triady Autystycznej, czyli trudnościami w zakresie rozpoznawania, nazywania i kontrolowania własnych emocji). Mimo, iż komunikacja między Matką a Synem odbiega od „stereotypowych wyobrażeń”, to właśnie zarówno Rodzicielski Instynkt, jak i fachowa wiedza Elli sprawiają, iż dla nich Obojga ta Wymiana codziennych Informacji ISTNIEJE i zarówno dla niej, jak i dla niego jest Wartościowa. Oboje na swój sposób korzystają z własnych, wewnętrznych „umiejętności przystosowawczych”, które wymusiło na nich życie i dzięki tym wypracowanym mechanizmom „rozumieją się bez słów”.Ja patrzyłam na Postać Lior’a, jak i na Relację łączącą go z Matką trochę „na sucho”, z uwagi na „oko zawodowe”, które nie pozwoliłoby mi przepuścić ani jednej Fałszywej Nuty (a na swojej „robocie”, którą uprawiam od 10 lat, podobno się całkiem nieźle znam): czy to w sposobie reagowania Matki na tzw. „zachowania trudne” Syna, czy to w Grze Aktorskiej, oddającej Funkcjonowanie samego Młodego Chłopaka. Cóż, jak się okazało, moje oko już w krótkim czasie mogło przestać czuwać, albowiem oba aspekty zostały przedstawione przez Marię Seweryn i Ignacego Lissa tak Autentycznie, jakbyśmy mieli do czynienia nie z Aktorami, grającymi Nastolatka z tzw. Całościowymi Zaburzeniami Rozwojowymi (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ca%C5%82o%C5%9Bciowe_zaburzenie_rozwoju) i z Niepełnosprawnością Intelektualną oraz jego Matkę, a faktycznie z Osobami, których ta sprawa (BEZ)POŚREDNIO DOTYCZY. Zapewne jest w tym także solidna zasługa Fundacji Synapsis, która sprawowała Nadzór Merytoryczny nad Spektaklem. Moim jednak zdaniem NIE BYŁOBY MOŻLIWE takie Zbudowanie tych Postaci na Scenie (bo oczywistym dla mnie jest, że co innego zapis na papierze – a co innego tchnięcie Żywego Ducha w Rolę przez konkretnych Aktorów, o czym już pisałam przy okazji innych tekstów) w oparciu wyłącznie o suche wskazówki nawet najlepszych fachowców, gdyby nie Wrażliwość Wewnętrzna zarówno samego Reżysera, jak i Dwojga Aktorów, tworzących na potrzeby Spektaklu relację Matka – Syn o takiej Specyfice. Nie wystarczy, moim zdaniem, nabyć teoretycznej wiedzy, by zwłaszcza taki temat dokładnie zgłębić – konieczne jest jeszcze bądź Doświadczenie Rzeczywistego Kontaktu, w tym przypadku, z Człowiekiem z daną Niepełnosprawnością, bądź (na tyle, na ile to możliwe – wiadomo, że nie jest to w pełni realne) przyjęcie pewnych Przeżyć w Samego Siebie i podjęcie starań Odczucia (w pewnym stopniu oczywiście) jakiegoś pierwiastka tego, co Odczuwać mogą takie Osoby i ich Rodziny. I choć oczywistym jest fakt, że nie da się tego Doświadczyć tak, jak Doświadcza tego Ktoś, kogo to Dotyczy, to jestem PRZEKONANA, że bez najzwyklejszego w świecie Ludzkiego Wyczucia, nie wystarczyłyby tutaj same Zdolności Aktorskie. Ta ich Wzajemna Relacja i ta Rola Młodego Człowieka, to takie „poletka”, które – aby naprawdę Zaistnieć na Scenie Teatralnej i dać Widzowi możliwość UWIERZENIA w to, co się nań Dzieje – muszą być wg. mnie Wypadkową Wiedzy Teoretycznej (którą Aktorzy otrzymali od Specjalistów), Technicznych Umiejętności Aktorskich i… CZŁOWIECZEŃSTWA, po prostu. Moim zdaniem Trzy te Czynniki „zagrały” tutaj zarówno w Samych Aktorach jak i Pomiędzy Nimi tak, że bez żadnych wątpliwości CHYLĘ PRZED NIMI CZOŁA.

Wracając zaś do samego początku Fabuły…

Ella oznajmia Synowi, że choć wcześniej tego nie planowała, to musi przyjąć w domu jeszcze jednego Pacjenta, który wykonał do niej rozpaczliwy telefon, błagając wręcz o spotkanie, gdyż twierdził, że jeśli terapeutka go nie przyjmie, to wówczas Stanie Się Coś Strasznego. Jako doświadczona psycholog, sądząc zapewne, że może mieć do czynienia ze zdesperowanym człowiekiem na skraju próby samobójczej, Ella zdecydowała się go przyjąć pomimo ogromnego napięcia syna, który jak wiele osób z autyzmem fatalnie znosi zmiany tak w samym otoczeniu, jak i w planie dnia, albowiem zaburza im to Poczucie Bezpieczeństwa. Kobietę ów człowiek Zaintrygował tym bardziej, że nie przedstawił się jej pełnym Imieniem i Nazwiskiem, a jedynie jako „Pan B.”.

Do Lior’a przychodzi Opiekunka/Terapeutka, dzięki której chłopak będzie miał odpowiednio do swoich potrzeb zajęty czas wtedy, gdy matka będzie pracowała. Do domu kobiety wkracza zaś mężczyzna – nienagannie ubrany, m.in. w długi płaszcz, kapelusz i skórzane rękawiczki, prezentując się niczym Don Corleone z „Ojca Chrzestnego”… jak się okaże – również nieprzypadkowo (Ella ma w domu zapas plakatów z tą Postacią na wypadek, gdyby któryś „ucierpiał” w rękach Lior’a – jest to bowiem kolejny „obiekt”, na którym „fiksuje się” chłopak).I tu zaczyna się Właściwa Akcja, którą – proszę mi wierzyć, naprawdę interpretować można na bardzo różne sposoby. Pisząc na temat tego Spektaklu postaram się dowieść, jak ja te Skrytości i Niedosłowności rozumiem.

Już od pierwszych chwil Spotkania okazuje się, iż może być to dość… Nieoczywista Sesja Terapeutyczna. Akcja zaczyna rozwijać się w takim kierunku, gdy przerzucają się Pytaniami, Argumentami, Ukrytymi Sugestiami i Pretensjami – że zaciera się stopniowo granica tego, Kto właściwe Komu miałby Pomóc. Bo choć to Pan B. miał być Pacjentem, a Ella – Terapeutką, to w miarę upływu czasu spotkanie to zmierza ku… Obopólnemu, Wewnętrznemu Uzdrowieniu. Relacja Terapeutyczna, przeradzająca się z minuty na minutę w Ostrą Konfrontację dwóch Silnych Osobowości, staje się z jednej strony czymś na kształt ratunku świata przed zagładą, a z drugiej… swoistego przywrócenia w Bogu/w Losie/w Świecie – Wiary w Człowieka, a w Elli – w Szeroko pojęty Sens, czymkolwiek miałby on być, cokolwiek miałby oznaczać. Pan B. chciał, ba!, on ewidentnie uparł się, że to koniecznie Ella musi przeprowadzić z nim Sesję Terapeutyczną, że albo ona mu pomoże – albo nikt nie będzie w stanie. Jednocześnie ją samą coraz wyraźniej Konfrontuje z jej własnymi Emocjami.

Od samego początku czuć między Bohaterami duże napięcie, które spowodowane jest tym, iż „trafił swój na swego”, a więc zetknęły się ze sobą Dwie Osobowości, które lubują się w Słownym Ping – Pongu i oczywiste staje się, że Żadne z Nich tak łatwo Nie Odpuści, by dotrzeć do Emocjonalnego Sedna tego Drugiego. W pierwszym odruchu Ella wpada w panikę, bo czuje się zagrożona i osaczona, gdy Pan B. z każdą chwilą wyjawia jak wiele o niej wie – jakby ją wcześniej starannie obserwował z ukrycia. Gdy udaje jej się nieco opanować i zaczyna zadawać mężczyźnie rzeczowe pytania, wówczas na jedne z pierwszych jego słów, jak na posiadającego właściwą wiedzę profesjonalistę przystało – kobieta reaguje ukrytą sugestią, iż mężczyzna może cierpieć na „rozdwojenie osobowości”, mieć kryzys tożsamości, zagubić się w czasie i przestrzeni. Bardzo szybko bowiem zdradza on, że… jest Bogiem i ma 5779 SKOŃCZONYCH lat, na co z charakterystycznym dla siebie sarkazmem Ella odpowiada: „Aha… ja też się czasem tak czuję.”.

Pan B., czyli dla katolików czy judaistów Bóg, dla osób Innej Wiary bądź dla Ateistów – Los, Życie, Świat wokół nas – przychodzi do Elli, błagając o pomoc ponieważ, jak wcześniej powiedział jej przez telefon, może „stać się coś strasznego”, jeśli kobieta go nie uratuje. Pan B. jest Bogiem/Losem/Światem, który twierdzi, że utracił swoje Wewnętrzne Światło. Twierdzi, że nie ma już Poczucia Mocy, w wyniku tego m.in. co na tej Planecie wyprawia Człowiek; na skutek tego, jak my – Ludzie, kawałek po kawałku unicestwiamy to Globalne Gniazdo, w którym żyjemy, bo nie szanujemy zarówno ziemi, jak i innych jej Mieszkańców, a na końcu rościmy sobie jeszcze pretensje, że czegoś ciągle nam brak i chcemy więcej, więcej, więcej – wypierając Być, w imię Mieć. Zaś kiedy grunt nam się pali pod nogami, wyłaniając Ogień z samego środka Piekła, które nierzadko sami sobie i innym zgotowaliśmy, to właśnie wówczas, w dzikiej trwodze szukamy ratunku w „czymś poza świadomością”, poza własnym, realnym wpływem na Bieg Swojego Życia. Pan B. bowiem błaga o ratunek nie tylko dlatego, że jest przytłoczony ingerencją ludzkiej ręki na coraz szerszą skalę w to, jak wygląda Świat (czyli, jak ja to postrzegam, w rozumieniu niereligijnym – on Sam) i jak traktujemy Innych Ludzi, bo się nawzajem wykluczamy, krzywdzimy, dzielimy – zamiast łączyć. Pana B. przerasta również to, że do Boga/do Losu/do Świata ludzie na ogół zwracają się wtedy, gdy są przyciśnięci do ściany, bądź zwisają nad przepaścią z nożem na gardle i wylewają na ten swój Los wiadra pomyj. Zupełnie tak, jakby to, co się dzieje wokół nich – działo się całkowicie bez jakiegokolwiek ich udziału, a na ogół podziękować za to, co dobre – już się nie pofatygują, jakby uważali, że jest im to przynależne „z urodzenia” i skoro żyją na tym świecie, to muszą zagarnąć dla siebie jak najwięcej, nierzadko tratując innych po drodze. Tak, Pan B. uważa współczesnego człowieka za skończonego egoistę, który zapomina, bądź świadomie PAMIĘTAĆ NIE CHCE, iż najzwyklejsze Dobro i Przyzwoitość są taką Materią, że się Mnożą, gdy się je Dzieli.

Pan B., roniąc potoki łez, trochę Pretensjonalnie, trochę z Egzaltacją, stwierdza, iż chce Umrzeć. Ella ironicznie mu odpowiada, że gdyby miał umrzeć, to musiałby najpierw zorganizować drugi Potop i doprowadzić do wyginięcia wszystkich ludzi, albowiem w sensie dosłownym umrzeć nie może, gdyż tak naprawdę… nie żyje, a istnieje wyłącznie w Ludzkiej Świadomości, w Ludzkich Wyobrażeniach, w Ludzkiej Wierze, a wszystko to jest Nienamacalne.

Pan B. (Bóg/Los/Świat, jakkolwiek się go nazwie, to każda z tych interpretacji jego Postaci błędna nie będzie – w zależności od światopoglądu i podejścia do życia konkretnego widza) został w sposób bardzo Nieoczywisty, Fenomenalnie Zagrany przez krakowskiego Aktora Krzysztofa Pluskotę, którego wcześniej nie miałam okazji Słuchać i Oglądać w żadnej Roli. Jego Postać w tym Spektaklu jest bardzo złożona, bo i Szalenie Dowcipna, i Piekielnie Inteligentna, ale również Głęboko Zrozpaczona, Przeraźliwie Samotna, czy w końcu Kipiąca Gniewem. Każdą z tych „boskich twarzy” Aktor Wykreował moim zdaniem na Pełnych Artystycznych Obrotach – w każdej z Emocji swojego Bohatera, które gwałtownie przechodziły jedna w drugą, a chwilami wręcz się nakładały. Rozłożył mnie na łopatki m.in. tym, jak skrajnymi Wcieleniami jest w stanie żonglować na Scenie, gdy w ciągu kilku/kilkunastu sekund, z łagodnego, zagubionego Boga stał się złowieszczym, charczącym, czerwonym z wściekłości diabłem w Scenie, w której Pan B. Opowiada Elli o tym, że to Szatan go kusił, by Hioba wystawiać na kolejne, coraz to gorsze próby – pomimo, iż dokładnie widział, jak silnie wierzącym i oddanym mu on jest.

Po drugiej stronie mamy Ellę – Wojowniczą, Zbuntowaną w tej przedziwnej Relacji, która zaczyna wyglądać jak „przeciąganie liny”. Ella od razu stawia sprawę jasno: JEST NIEWIERZĄCA. Zarazem poszukuje odpowiedzi i poczucia bezpieczeństwa, a Bóg/Los/Życie jest jej zdaniem okrutny/e. Nie może ona bowiem zrozumieć dlaczego ciągle sprawdzana jest Ludzka Wytrzymałość – tak fizyczna, jak i psychiczna. Maria Seweryn jest w tej Roli WYŚMIENITA, a ja PO RAZ PIERWSZY „kupiłam” ją na Scenie OD POCZĄTKU DO KOŃCA, pod każdym względem, bez żadnego „ale”. Jej Ella ma w sobie wprawdzie Silną Ekspresję wychodzącą Na Zewnątrz, lecz i Powściąganą, gdy trzeba. W swojej energii życiowej Ella nie ma Neurotyzmu, lecz buzuje w niej Rozpacz i Żal, które okrasza Ironią, odkrywając również obraz Kobiety Zagubionej i Poszukującej.

Bacznie obserwując to, jak człowiek poczyna sobie na tej ziemi, Pan B. jest zdania, że wszystkie nasze działania od dawien dawna zmierzają prostą drogą ku temu, byśmy zniszczyli po kolei wszystkich i wszystko, doprowadzając na samym końcu do samounicestwienia. Pan B. robi co może, by uświadomić Elli, iż nieprawdą, jest jej CAŁKOWITY BRAK WIARY (czymkolwiek i w cokolwiek miałaby ona być), gdyż jego zdaniem stale ma na coś nadzieję – na to, że jej syn zacznie mówić, że mąż do niej wróci… W pewnym momencie, reagując na bunt towarzyszki rozmowy stwierdza, że choć zapiera się ona „rękami i nogami”, że W NIEGO nie wierzy, to z pewnością nie jest tak, iż ŻADNEJ WIARY, która może być rozumiana po prostu jako POCZUCIE SENSU ŻYCIA i ZAKORZENIENIA WE WŁASNEJ OSOBIE w niej nie ma – inaczej, już od najmłodszych lat, co noc by z nim nie rozmawiała, a robiła to od dziecka. Jednocześnie ma do niej żal, twierdzi bowiem, że przelała na niego swoją Złość i Frustrację, że zwracała się do niego tylko wtedy, gdy było Źle, że jak masa innych Osób – nigdy nie odważyła się o nic Poprosić, za nic Podziękować.

Kobieta w swoim rozgoryczeniu za codzienne Próby i Trudy, jakimi doświadcza ją Bóg/Los/Życie/Świat wykrzykuje w twarz Panu B., że on sam jest jedynie Pojęciem,Symbolem Nieistniejącego realnie Bytu, do którego nie wiedzieć czemu odwołują się ludzie w desperackim poszukiwaniu Sensu Własnej Egzystencji, które zgubili gdzieś za swoimi plecami, w być może szaleńczej gonitwie nie wiadomo za czym. Ella zapiera się, że choć „rozmawiała” z nim od dziecka, to były to wyłącznie dziecięce rozmowy z Postacią Wyobrażoną właśnie, nic więcej. Z drugiej strony, wyrzuca Panu B., rozumianemu w kontekście Boga dla osób w niego wierzących, jego okrucieństwo, kataklizmy zesłane na ludzi uważając, że mści się on na ludziach za to, iż nie okazują mu Bezwarunkowej Wdzięczności, która zakrawałaby na bicie pokłonów, całowanie po rękach i rzucanie się na ziemię – za to, w jak niezwykłym Cudzie Stworzenia świata ich osadził. Oni zaś w jego mniemaniu odwrócili się od niego/od świata i zamiast przyjąć to, co było im Dane i co ich otaczało w swojej Pierwotnej Formie, z całym swoim Naturalnym Pięknem, oni poczęli weń głęboko ingerować i coraz więcej, i więcej przemodelowywać otoczenie na własny użytek, nierzadko kosztem tego świata/własnego i cudzego losu. W rozmowie z Panem B., która wręcz nabrzmiała jest Szerokim Kolorytem Niesłabnących i Niezwalniających Tempa Uczuć, Reakcji i Zachowań: od Cynizmu i Słodko – Gorzkiego Poczucia Humoru, przez Obronę na przemian z Atakiem, Ella stwierdza, że „Boga nie ma”, bo gdyby Istniał i Kochał ludzi tak, jak to się próbuje im wmawiać (i jak, siedząc wtedy przed nią, on sam twierdzi), to nie zsyłałaby na swoje „Owieczki” tylu Nieszczęść, nie nakazywałby Cierpieć i każdego dnia Walczyć o Przetrwanie.

W kontekście wzajemnych Ludzkich Zachowań, gdy nie tylko niszczą oni naturalne, ofiarowane im bogactwo (zaśmiecając, zanieczyszczając i zatruwając naszą planetę), ale też w ekstremalnych przypadkach wykluczają się wzajemnie, piętnują, nawet zabijają – przypomniały mi się słowa, które usłyszałam 10 lat temu podczas jednego z wykładów na studiach. Pamiętam je do dziś i możliwe, że nigdy nie zapomnę. Wypowiedziane były, z przejęciem i łzami w oczach, przez Profesora „starej daty”, z którym miałam na uczelni wykłady z filozofii, że Homo Sapiens jest jedynym istniejącym Gatunkiem, którego Przedstawiciele są zdolni do zabijania Innych Ludzi.

Z czasem okazuje się, że Ella bardziej niż sądzi – potrzebuje tego „niewidzialnego wsparcia”. Balansuje na krawędzi utraty Wiary w Cokolwiek, na granicy zatracenia Poczucia Sensu Własnego Życia. Jest Wyczerpana, i Zgorzkniała, choć całym sercem kocha swoje dorosłe już prawie dziecko, które nawet w dorosłym życiu nie będzie w stanie funkcjonować w pełni samodzielnie, ani stanowić o samym sobie. Nigdy bowiem do końca nie wiadomo co przyniesie kolejny dzień, bo Syn może być kompletnie nieprzewidywalny. Funkcjonowanie osób z Autyzmem ewoluuje w ciągu życia, na co wpływ może mieć m.in. okres dojrzewania. I dlatego, nawet jeśli członkowie rodziny wcześniej „nauczyli się” pewnych sposobów reagowania w odpowiedzi na konkretne zachowanie swojego Domowego Autysty, to nie jest powiedziane, że te sposoby „zadziałają” zawsze i wszędzie, że się nie zdezaktualizują i że nie trzeba będzie szukać w sobie nowych pokładów reakcji, dopasowanych do bieżącego funkcjonowania tej Osoby. A niech koronnym argumentem na to, do czego może chcieć posunąć się człowiek, który chwieje się, jak Ella, na krawędzi upadku, a w ostatniej chwili udaje mu się otrząsnąć i przed tym ostatecznym ruchem wycofać (moim zdaniem Siłą własnej Woli/Charakteru/Zasobami Psychicznymi, jakkolwiek to nazwać, nie zaś „sił nadprzyrodzonych”) będzie dramatyczny epizod z jej życia, kiedy w dniu swoich 34 urodzin postanowiła popełnić samobójstwo tuż po tym, jak zabiłaby Lior’a, ażeby żadne z nich dwojga nie pozostało na tej ziemi opuszczone. Kobieta zapewne nie powzięłaby tej decyzji ot tak, musiałaby być ogromnie zdesperowana, doprowadzona do ostateczności, egzystując resztkami sił psychofizycznych, by w ogóle zacząć o tym myśleć. A fakt, że choć gaz był już odkręcony to jednak finalnie postanowiła żyć dalej z Lior’em i dla Lior’a jest dla Pana B. niezbitym dowodem na to, że Wierzył; że nie straciła poczucia sensu bycia matką Chłopaka z Niepełnosprawnością i że nie jest to dla niej takim przekleństwem, jak wcześniej czuła. Choć jednocześnie ja się dalece wystrzegam dorabiania ideologii do tego, że ktokolwiek jest „wybrany” do wychowywania Osoby częściowo bądź całkowicie zależnej od opieki i wsparcia drugiego człowieka przez prawie całej bądź całe swoje życie i że należałoby traktować to jak swego rodzaju daną nam „misję”. A ponieważ sama jestem osobą z niepełnosprawnością, która od zawsze była w jakimś stopniu zależna od pomocy drugiej osoby, to daję sobie PEŁNE PRAWO do tego, by napisać tu i teraz, iż stwierdzenia o „pełnieniu misji życiowej” i „uszlachetniającej mocy cierpienia” są BUJDĄ NA RESORACH. Odpowiedzialność za drugiego człowieka zawsze jest wyzwaniem, w każdym indywidualnym przypadku – mniejszym bądź większym. Osoba zaś, która się tego podjęła, uczyniła to w imię swojej Dobrowolnej, Świadomej Decyzji i daleka jestem do przypisywania Komukolwiek miana Bohatera z tego tytułu. Ja osobiście uważam również (nie urażając nikogo, kto ma odmienne zdanie), że pustym, bezwartościowym bajaniem jest wyświechtane powiedzenie mówiące o tym, iż dostajemy do udźwignięcia od Życia jedynie tyle, ile jesteśmy w stanie ponieść, a stawianie czoła kolejnym Przeszkodom tylko zwiększa zasoby Ludzkiej Siły – w imię niepisanej zasady, że rzekomo „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Innymi słowy, że z im większej ilości boskich/losowych prób wychodzimy Obronną Ręką, tym ta Siła wyłącznie w nas może Wzrosnąć. Według mnie nie ma to tak Jednoznacznego Przełożenia na Rzeczywistość zawsze i wszędzie, bo aż nadto różnimy się Między Sobą, abyśmy mogli odczuwać te same rzeczy w identyczny sposób i w dodatku w tych samych sytuacjach. W Spektaklu jest zawarty również ten aspekt, że Ella w jakimś stopniu zawierzyła Bogu jako posłańcowi religii, pogodziła się z nim i pozwoliła mu się poprowadzić wraz z przyjęciem do siebie i zaakceptowaniem tego, co życie dla niej miało. Uważam, że uwidacznia się to m.in. w jednej z końcowych scen: tuląc Pana B. do siebie i pokazując mu, że nie jest sam a ona przestanie z nim walczyć, Ella mogła w rozumieniu ateistów powziąć decyzję, że przestanie siłować się emocjonalnie z samą sobą, a tuląc jego Postać mogła w ten sposób Tulić do Siebie swoje Własne Życie.Nie ma tu Jednej Gotowej Interpretacji tej Opowieści, tej Adaptacji, tej Scenicznej Inscenizacji – tak poprowadzonej Wizją Reżyserską i Grą Trojga Aktorów. Każdy w uwitej weń Symbolice, okraszonej zarówno Cierpkim jak i Ciepłym Poczuciem Humoru, może odnaleźć inne, ważne dla siebie Znaczenie. Jedni dostrzegą Kryzys Wiary Człowieka w Boga, jeszcze inni poczują weń zwątpienie w jakiekolwiek przejawy Dobroci Ludzkiej Natury, jeszcze inni Rozpacz Świata z powodu tego, co zgotował mu człowiek, diametralnie przeinaczając jego Naturalny, Pierwotny Bieg pod swoje własne potrzeby. A i znajdą się być może ci, dla których najistotniejsza stanie się Postać zagranej przez Marię Seweryn Kobiety. Kobiety, która pomimo drzemiące w niej Potężnej Siły (z jakiej nie zawsze zdaje sobie sprawę i w którą chwilami wątpi), biczuje się z Losem/z Życiem/ze Światem/z Bogiem (proszę wybrać wedle uznania).Spektakl jest nie tylko próbą odpowiedzenia sobie przez ludzi gorliwie wierzących jak i tych z kryzysem wiary na pytanie, czym właściwe ta wiara dla nich jest, co oznacza, co im daje. Jest to także wstrząsająca konfrontacja nas – ludzi z tym, co my sami robimy sobie nawzajem. Pan B. najbardziej żałuje bowiem, że stworzył Człowieka, którego chciał uczynić swoim Przyjacielem (w ujęciu osób niewierzących: dbającym o świat, własną planetę, środowisko, innych ludzi), a który krok po kroku, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku niszczy Dzieło jego Życia, dąży „po trupach do celu”, nie ogląda się za siebie. A Świat jest w tym wszystkim Samotny, Bezbronny, Opuszczony – jak Pan B. Ella sugeruje z czasem, że to właśnie dlatego wciąż na ludzi są zsyłane kataklizmy – by świat im o sobie nie dawał zapomnieć, by się otrząsnęli i by… nie był sam, unicestwiany rękami Ludzi, dla których miał on być Prezentem, a nie Polem Bitwy. W tym sensie, to, co złego się nam przytrafia, może być czymś, z czym musi konfrontować się człowiek, by uświadomić nam, co się stanie, gdy dalej będziemy postępować tak jak dotychczas. Może my – ludzie, oddajemy się wierze, bo sami sobie nie ufamy i dlatego szukamy wsparcia „na zewnątrz”? Może my – ludzie, religijni bądź nie – WSZYSCY, jesteśmy sami z siebie tak Bezsilni, Bezradni i Bezwolni w swojej Niedoskonałości, że Instynktownie potrzebujemy Odwoływać Się do jakichś Symboli, poszukując weń własnego Poczucia Mocy i Odpowiedzi na nurtujące nas Pytania sądząc,iż znajdziemy je gdzieś właśnie „poza samymi sobą”. A może jest to coś w rodzaju Zrzucania Odpowiedzialności na, jakkolwiek rozumianą,”siłę wyższą”/z góry „zapisany” nam los, a my sądzimy, że i tak nie ma się Wpływu na nic, bo to co się nam przydarza – leży właśnie w rękach Boga/Losu i wszystko zostało z góry nam przypisane, próby więc gmerania w tym „odgórnym scenariuszu” na nic się nie zdadzą. Ktoś inny może to rozumieć odwrotnie, że zwracanie się do Boga/do Losu o wsparcie nie jest Aktem Słabości, czy Desperacji, lecz właśnie Siły, dzięki której potrafimy poprosić o Pomoc i nie boimy się Szczerze (przed samymi sobą) Przyznać, że nad czymś nie panujemy. Wielu może także uznać, że takim przejawem Odwagi by przestać „iść pod prąd” jest Zrozumienie i Przyjęcie z całym „dobrodziejstwem inwentarza” tego co daje nam życie, ponieważ taki jest „boski plan”. A może mamy taką z gruntu Przekorną Naturę, że sami siebie mniej lub bardziej testujemy, wtłaczając się w Ekstremalne Sytuacje, by na szczęśliwie zdobytej mecie móc powiedzieć: „Patrzcie i podziwiajcie jaka/jaki jestem wielka/wielki! Znowu wzięłam/wziąłem życie za j..a i dałem mu radę!”. Może to my, w ten sposób ciągle potrzebujemy sami siebie Utwierdzać w Poczuciu Własnej Wartości. A może mamy Naturę Ryzykantów, którzy „na główkę” skaczą „dla sportu”. Pewnie nie bez powodu istnieje powiedzenie, że „każdy jest kowalem własnego losu”, bo z pewnością znajduje ono swoich orędowników, którzy skłaniają się ku przekonaniu, że na wszystko, co dzieje się w naszym życiu mamy wpływ i że żadna „siła wyższa” nie ma tu znaczenia, a jedynie to, w którą stronę człowiek sam zdecyduje się postawić krok i jaki ruch w tworzeniu historii własnego życia zechce wykonać. Ja jestem gdzieś „po środku”. Widzę to w taki sposób, że nic (albo prawie nic) nie dzieje się przypadkowo, choć niejednokrotnie znaczenia danych zdarzeń odnajduję bądź późno, bądź czasem wcale. Nie wierzę zaś (nikogo nie urażając, nazywam to tak wyłącznie z własnej perspektywy) w nieistniejące, „nienamacalne byty”, które w jakiś tajemniczo – niewytłumaczalny sposób nade mną „czuwają” i mnie „chronią”. Ja wierzę w konkret, w to, co się dzieje w sposób widoczny, poparty realnym związkiem przyczynowo – skutkowym, akcją i reakcją. Jednocześnie, moje własne życie mi pokazało, że z nadmierną potrzebą kontroli też przesadzać nie należy, bo nie na wszystko mamy wpływ i jeśli coś będzie miało się Wydarzyć, to tak się właśnie Stanie. Myślę, że we wszystkim należałoby znaleźć odpowiedni Balans, choć jest to Potwornie Ciężka Robota i ja sama – w różnych momentach swojego życia, od wielu lat próbuję to w sobie Zbudować, choć dzieje się to z bardzo różnym (nierzadko opłakanym) skutkiem. Bo ani nad wszystkim panować nie mogę (choć bardzo długo wydawało mi się, że tak właśnie jest i że jestem „niezniszczalna” pomimo kolejnych kłód spadających mi pod nogi), ani też nie jest tak, że „niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”, a człowiek leży, pachnie i bierze co los przyniesie, chcąc się nachapać „ile wlezie” w imię przekonania, że „jak dają, to brać”.

„Boże mój!” to nie komedia. To także nie jest klasyczny dramat. To historia o licznych odcieniach. A poczucie humoru weń zaplecione jak warkocz jest inteligentne, bezpretensjonalne i wbrew pozorom, cudownie lekkie. Według mnie nie brakuje w tej Inscenizacji niczego: ani w Warstwie Wzualno – Dźwiękowej, ani Scenograficznej, ani Językowej, ani tym bardziej Aktorskiej. Wszystko jest „w punkt”, zrobione z Dystynkcją, godną takiego Twórcy jakim jest Andrzej Seweryn. Puenta, z jednej strony, dla Osób Wierzących może być rodzajem Przesłania, że Bóg zsyła na nas cuda, które to dokonują się ni mniej ni więcej jak dzięki Wierze właśnie. Dla Ateistów, czy Pragmatyków to jakże Piękne, trochę Magiczne, Lekko Bajeczne (ale w najlepszym znaczeniu tych słów, bo Gustowne i Nieprzesadzone) zakończenie może oznaczać taką Refleksję, że wszystko dzieje się we właściwym momencie, a często na pozór właśnie wtedy, gdy już przestajemy o to prosić i usilnie zabiegać. I tu wracamy do tego, w co ja jestem w stanie uwierzyć, tj. że w życiu nie ma przypadków, a często najwięcej dzieje się właśnie wtedy, spodziewamy się tego najmniej. Dla mnie, w tym zakończeniu, wraz z nową falą spadającego deszczu, którego od tak dawna tej ziemi brakowało i wraz z sylabami „Mo mo ma ma” składającymi się w zniekształcone, lecz znaczące pierwsze słowo „mama” w szesnastoletnim życiu Lior’a – na Kobietę spływa Błogi Spokój, Poczucie Bezpieczeństwa, a także i Wdzięczność. Spektakl oczarowuje swoją Surową Prostotą, w której ogromną rolę odgrywa Muzyka – tak dobrana, by Podbijała i Uwypuklała jeszcze bardziej i tak już bogatą Paletę Emocjonalnych Barw, przenikających się na Scenie. Jest weń i śmiech, choć ironiczny i przez łzy, jest smutek, jest żal, jest strach i gniew. Podobną rolę Reżyser wg. mnie powierzył światłom, które albo lekko i radośnie tańczyły po całej scenie bądź spowijały ją mgłą, ale i mrokiem, wręcz grozą. Wszystko to razem, na czele z najwyższym poziomem Aktorów w operowaniu skrajnymi nastrojami, stanowiło Symbiozę, która mi jako widzowi przyniosła Ucztę Artystyczną. Spektakl naszpikowany jest sarkastycznym poczuciem humoru, które buzuje „smaczkami językowymi” i dwuznacznościami, a to także dodaje mu ogromnego Uroku i Ciepła.Wszystkie zaś Role w tym Spektaklu są Brawurowe, Nieidące na żadne Ustępstwa i Niesięgające po Półśrodki.

18.07.2019 r. TEATR POLONIA
Zdjęcie Fragmentu Scenografii na tle zasłoniętej Kurtyny przed rozpoczęciem Spektaklu. 
Zabawka – szkielet dinozaura. 
Zdjęcie wykonała Pani Kamila Raűber.
Zamieszczam za zgodą Dyżurnego Widowni.
Spektakl „Boże mój!”, TEATR POLONIA w Warszawie.
Na zdjęciu (https://teatrpolonia.pl/
event-data/3517/boze-moj
):
Ignacy Liss (Lior)
Spektakl „Boże mój!”, TEATR POLONIA w Warszawie.
Na zdjęciu (https://teatrpolonia.pl/
event-data/3517/boze-moj
):
Maria Seweryn (Ella)
Ignacy Liss (Lior)
Spektakl „Boże mój!”, TEATR POLONIA w Warszawie.
Na zdjęciu (https://teatrpolonia.pl/
event-data/3517/boze-moj
):
Maria Seweryn (Ella)
Krzysztof Pluskota (Pan B.)
Spektakl „Boże mój!”, TEATR POLONIA w Warszawie.
Na zdjęciu (https://teatrpolonia.pl/
event-data/3517/boze-moj
):
Maria Seweryn (Ella)
Krzysztof Pluskota (Pan B.)
Spektakl „Boże mój!”, TEATR POLONIA w Warszawie.
Na zdjęciu (https://teatrpolonia.pl/
event-data/3517/boze-moj
):
Maria Seweryn (Ella)
Krzysztof Pluskota (Pan B.)
Spektakl „Boże mój!”, TEATR POLONIA w Warszawie.
Na zdjęciu (https://teatrpolonia.pl/
event-data/3517/boze-moj
):
Maria Seweryn (Ella)
Krzysztof Pluskota (Pan B.)
Spektakl „Boże mój!”, TEATR POLONIA w Warszawie.
Na zdjęciu (https://teatrpolonia.pl/
event-data/3517/boze-moj
):
Maria Seweryn (Ella)
Ignacy Liss (Lior)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s