„Niżyński”

Teatr Fundacji Kamila Maćkowiaka Scena Monopolis w Łodzi, 11 lipca 2020 r.

Wystąpił: Kamil Maćkowiak

Fragment 1: https://www.youtube.com/watch?v=UbZ_uN_Y1U4

Fragment 2: https://www.youtube.com/watch…

Fragment 3: https://www.youtube.com/watch?v=puvMrqgPnGw

Fragment 4: https://www.youtube.com/watch?v=xTxPWYBG54Q

Decydując się w pełni świadomie na zeszłoroczną, teatralną podróż do Łodzi (która miała się odbyć pierwotnie w kwietniowy weekend 2020 r., ale musiała przesunąć się w czasie z wiadomych względów covidowych) zdawałam sobie doskonale sprawę z pewnego wewnętrznego dysonansu, jaki tejże decyzji towarzyszył (choć oczywistym jest, jak to ze świadomymi decyzjami zwykle być powinno, że ani nie podjęłam jej pod presją, ani na siłę, acz najwyraźniej kręcił mnie fakt dreszczyku towarzyszącego niepewności).

Czemu? Z jednej bowiem strony już zdecydowanie wcześniej miałam okazję oglądać w sieci fragmenty rzeczonego w nagłówku spektaklu i po tychże czułam w kościach, że to była/jest/będzie Wielka Rzecz., z drugiej zaś nigdy za bardzo nie przepadałam artystycznie za Kamilem Maćkowiakiem – coś mnie w jego aktorskim feeling’u irytowało, choć nie umiałam sprecyzować dokładnie, co to takiego było, ale podświadomie czułam, że tam gdzie on – stamtąd ja w te pędy uciekać powinnam byle daleko. Podjęłam więc to ryzyko, chowając jakąś tam moją dotychczasową opinię o nim głęboko do kieszeni i pojechałam. Zaś wracając w tamten letni wieczór tuż po spektaklu do Warszawy, pełniejsza o ciężar mocnych przeżyć związanych z doświadczeniem „Niżyńskiego” w formacie „na żywo”, byłam też bogatsza o pewność, że Kamil Maćkowiak – artysta to FENOMEN. Bo oto totalnie przeciętny w formach grupowych aktor (w moim odczuciu, oczywiście), którego towarzyszący mu inni aktorzy zazwyczaj „zżerają bez popijania” (znowu moim osobistym zdaniem, rzecz jasna), okazał się być GENIUSZEM MONODRAMU. Zwykło się mawiać, że każdy artysta nosi w sobie mniejszy bądź większy pierwiastek narcyzmu. Nie odważyłabym się, bo nie mam do tego prawa, by sądować, jakim typem aktora (a człowieka tym bardziej) jest wewnętrznie Kamil Maćkowiak. Jedno zaś z pewnością rzuca się dla mnie w oczy i stwierdzam to teraz w kontekście całkowicie działającym na korzyść postaci, o której opowiedział w „Niżyńskim”, a co zdeterminowało w moim przekonaniu również sposób, w jaki to zrobił: Kamil Maćkowiak w swojej roli zdaje się sprawiać wrażenie artysty, który w całości i bez jakichkolwiek kompromisów staje się postacią, którą gra, wnika w nią do głębi, przenika do kości, miesza się z jej krwią i po prostu MUSI być sam na scenie i skupiać uwagę widowni li tylko na sobie, karmiąc się po brzegi i pojąc się do dna atencją publiczności. Będąc samemu w centrum mrocznych świateł reflektorów – Kamil Maćkowiak połyka scenę jednym haustem i hipnotyzuje ludzi, którzy mu towarzyszą po drugiej stronie.

Jest to spektakl tak dalece intymny, że byle szmer mógłby wytrącić z równowagi. Absolutne maksimum skupienia zdaje się więc być niezbędnie konieczne, by wszystkie te emocje w sobie uwiarygodnić, móc potem je z siebie wyrzucić, by finalnie podzielić je z innymi, którzy z kolei emocje te od aktora przejmą i całymi sobą je w siebie wchłoną. Tak przynajmniej stało się ze mną i takie miałam nieodparte wrażenie po innych osobach, czując wibrujące w powietrzu napięcie na widowni nie tylko podczas spektaklu, ale również tuż po jego zakończeniu, jakby wszyscy razem i każdy z osobna bali się choćby drgnąć, czy głębiej odetchnąć. Ja sama wczepiłam wzrok w jeden punkt w pierwszej sekundzie spektaklu i nie oderwałam go do ostatniej, niemalże się nie poruszyłam. Bo, moi drodzy, będąc samemu w centrum nikłych, mrocznych świateł reflektorów – Kamil Maćkowiak połyka scenę jednym haustem i hipnotyzuje ludzi, którzy mu towarzyszą po drugiej stronie.

Szczerze? Już kiedy znacznie wcześniej, przed doświadczeniem „Niżyńskiego” na żywo, klikałam w kolejne znalezione w sieci linki z fragmentami Spektaklu (rejestrowane na przestrzeni lat, albowiem „Niżyński” grany jest przez aktora od 15 lat w różnych miejscach teatralnych), to stało się moim udziałem niemałe zdumienie, albowiem wcześniej nie podejrzewałabym tego Pana o COŚ TAKIEGO, o stworzenie od początku do końca (od scenografii, przez scenariusz, po kreację aktorską) TAKIEGO DZIEŁA. Można mi wierzyć, albo nie, ale dziś już jestem przekonana, że takie rzeczy nie zdarzają się zbyt często. Chylę więc czoła i we własną pierś się biję. A kreacja aktorska Kamila Maćkowiaka w „Niżyńskim” powoduje, że oddech w tych piersiach więźnie, albowiem wykorzystał weń zabieg artystyczny, którzy wielbię, cenię i szanuję: minimum środków dla wydobycia maksimum treści, by przekaz był do bólu znaczący.

Już samo miejsce, w którym ma swoją obecną siedzibę łódzki Teatr Fundacji Kamila Maćkowiaka – był dla mnie przestrzenią wyjątkową. Scena Monopolis mieści się bowiem w kompleksie kulturalnym stworzonym w starej wytwórni wódki, gdzie brązowo – ruda cegła fasady budynku już sama w sobie „robiła klimat”, zaś dopełniał go nastrój kameralnych kawiarni, z których muzyka strumieniami wypływała na zewnątrz, a oświetlone to wszystko było rozwieszonymi na ciągnących się wysoko sznurach lamp i lampeczek, co przywodziło na myśl nastrojowe uliczki europejskich miast.

Kiedy zaś przekroczyłam progi tego stosunkowo nowego budynku i zostaliśmy wpuszczeni na salę teatralną, to już pierwszą siłą rażenia związaną z nastrojem tej inscenizacji stała się dla mnie scenografia. Teoretycznie surowa w swojej formie – a już niosąca ze sobą treści, stanowiące o tym, że będzie to bez wątpliwości wstrząsające studium rozwijających się i pogłębiających problemów natury psychicznej bohatera tego monodramu. Wacław Niżyński chorował bowiem na schizofrenię i takim właśnie mocnym zapisem jego choroby jest stworzony od podstaw przez Kamila Maćkowiaka „Niżyński”. Bo oto właśnie już sam wystrój sceny sprawił, że „Niżyński” miał stać się dla mnie (i się stał) mocnym przeżyciem, jakbyś gdzieś daleko spoza świadomości. Na samym środku sceny umieszczono prostokątny podest – podwyższenie z ustawionym nań krzesłem na kółkach, a podwyższenie owo otoczone było z tyłu oraz po bokach metalowymi elementami konstrukcyjnymi, jakie wykorzystuje się np. do mocowania oświetlenia podczas koncertów na żywo. Również w „Niżyńskim” zamontowane były nań reflektory rzucające na bohatera tajemnicze światło. Cały zaś przód tego podestu zabudowany został siatką imitującą kraty więzienne, tworząc tym samym symbolikę „emocjonalnego więzienia” w jakim kawałek po kawałku, sukcesywnie zamykała Wacława Niżyńskiego podstępna, bezlitosna choroba. Wewnątrz, między jedną ścianą konstrukcji a drugą, zamontowany był metalowy pręt jak do ćwiczeń baletowych, który był również elementem ruchomym, przemieszczającym się w górę i w dół wraz z wykorzystującym go w swojej opowieści aktorem, który zasiadał na nim, kładł się bądź zwisał w przeróżnych pozach, imitujących właśnie ćwiczenia baletowe, czy ukazujących nieustannie towarzyszący postaci nie tylko wewnętrzny, ale i zewnętrzny psychoruchowy niepokój. Z tyłu umieszczono ekran wyświetlający film z psychotycznymi nastrojami i wizjami bohatera. Zwieńczeniem wizerunkowym scenografii były cztery boczne ekrany – płachty materiału z zapisanymi nań czcionką jak odręczne pismo fragmentami dzienników Wacława Niżyńskiego, na kanwie których Kamil Maćkowiak stworzył swój monodram. Sam aktor przez cały spektakl znajdował się na duży dystans od publiczności (co dodatkowo podkreślane było przez obowiązujące przecież także wówczas pandemiczne obostrzenia), będąc „uwięzionym” w tej scenicznej klatce. Zanim zaś Kamil Maćkowiak się tam zjawił, to przechodził dokładnie koło mnie, z boku w stosunku do widowni i już wówczas czuło się, że „jest w postaci”, albowiem gdy był tak blisko, przemieszczając się nieznośnie powoli w kierunku sceny, to już czuło się od niego przeszywający mnie na wskroś chłód człowieka zakleszczonego w samym sobie. Tam wszystko było ze sobą spójne i tworzyło wciągającą, upiorną całość od początku do końca przedstawienia: wizerunek aktora (zarówno pod względem użytych środków artystycznego przekazu, jak i samego jego wyglądu), scenografia, wizualizacje, czy elementy muzyczne. Cała scena wydawała się być usytuowana stanowczo za wysoko w tamtejszym układzie sali, by widoczność z pierwszego rzędu pozwalała swobodnie chłonąć każdy szczegół, ale że ja w teatrach i salach koncertowych nie zsiadam się z wózka, to mogłam odsunąć się i tam nieco dalej, a wówczas z optymalnej dla siebie odległości 3-4 rzędu miejsc siedzących najpełniej ogarnęłam wzrokiem dziejącą się akcję i chłonęłam lejące się strumieniami skrajne przeżycia bohatera.

Wracając do Warszawy czułam się jak przewalcowana z góry na dół, jakby została ze mnie mokra miazga. Z mojej perspektywy ten spektakl to takie wydarzenie, które powinno się przeżyć samemu, by nikt ci potem człowieku nad głową nie „nadawał”, gdy chcesz być sam ze swoim własnym „życiem wewnętrznym”, trawiąc to wszystko, co się właśnie wydarzyło ze sceny. I chociaż zaserwowałam wam wraz z tym wpisem sporą dawkę fragmentów „Niżyńskiego”, to zdecydowanie doradzam dozować sobie emocje. Jest to, owszem, piekielnie ciężki kaliber przeżyć, aczkolwiek zdecydowanie wart poświęcenia im uwagi. Bo „Niżyński” Kamila Maćkowiaka, moi drodzy, to DZIEŁO SZTUKI.

Fragment 5: https://www.youtube.com/watch?v=EROJ_5-ev3Y

Fragment 6: https://www.youtube.com/watch?v=_TYjqtpqIbw

Fragment 7: https://www.youtube.com/watch?v=r3O5QD9G9uw

Fragment 8: https://www.youtube.com/watch?v=rbCWxCotqHY

Fragment 9: https://www.youtube.com/watch?v=7KVphgYnSkY

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s